The Periodic Table of Science Fiction. 1 The Hindenburg (2005) [opowiadanie] 2 Jane Carter of Mars (2005) [opowiadanie] 3 Lithium for God (2005) [opowiadanie] 4 A Beryl As Big As the Ritz (2005) [opowiadanie] 5 Francis, Child of Scorn (2005) [opowiadanie] 6 They're Made of Carbon (2005) [opowiadanie] 7 Nitrogen: An Introduction (2005) [opowiadanie]
"Hologram", Mateusz WyszyńskiDostępny także na spotify: https://open.spotify.com/show/2O3hBTYttRu5eqHBAdmuAD?si=f02c527bfe8d4ce5I na Google Podcasts: https:/
3. Opowiadanie treści utworu „ Jak ocalał świat” metodą kłębka (każdy uczeń po 1 zdaniu). 4. Wyszukiwanie najwartościowszych (wg uznania uczniów) fragmentów, sentencji, aforyzmów, frazeologizmów, głośne ich odczytanie i interpretacja. Zapisanie kilku przykładów ma tablicy, np.: • Nicować, przewracać na podszewkę.
Napisaa:JuliaNidecka Ilustrowaa:BoenaTruchanowska „Nadziwystarczy”-mylaProfesor, patrzcjakasystencipowoliwya zwyko- pów izbierajsiwokóniego.Zapada zmierzch
A 1967 Russian post stamp depicting an alien spaceship. Science fiction and fantasy have been part of mainstream Russian literature since the 18th century. Russian fantasy developed from the centuries-old traditions of Slavic mythology and folklore. Russian science fiction emerged in the mid-19th century and rose to its golden age during the
Wszystko o robotach i trochę więcej :DW filmie gościnnie wystąpił Pigmalion z Wyzwania Pigmaliona od Laumi, zapraszam na jej kanał! :Dhttps://bit.ly/3efiyZpM
. chrisalfa EBooki Cykle Fantasy i SF Asimov Isaac - 3 Cykle kpl Asimov Isaac - 01. Cykl Roboty pdf Użytkownik chrisalfa wgrał ten materiał 5 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 243 osób, 157 z nich pobrało i opinie (0)Transkrypt ( 25 z dostępnych 240 stron) STRONA 2Asimov Isaak Asimov Isaak W 1923 rodzina Asimova wyemigrowała z Rosji do USA. Pod koniec lat trzydziestych Isaac Asimov rozpoczął studiowanie chemii na Uniwersytecie Columbia. Tytuł magistra w dziedzinie biochemii uzyskał w 1941. Po czteroletniej przerwie w edukacji spowodowanej wojną, zdobył doktorat w 1948. Swój pierwszy etat podjął jako świeŜo upieczony chemik w filadelfijskiej stoczni. Poznał tam Roberta Heinleina i L. Sprague de Campa, którzy, podobnie jak i on sam, mieli stać się wybitnymi twórcami fantastyki. Po uzyskaniu doktoratu rozpoczął pracę na uniwersytecie, badając związki chemiczne niszczące zarazki malarii. Potem zajmował się między innymi biochemią. 1 lipca 1958 przerwał swą karierę naukową, ogłaszając się pełnoetatowym pisarzem. Jak sam powiedział, wolał być bardzo dobrym wykładowcą i pisarzem s-f zarazem, niŜ jedynie przeciętnym badaczem. Honorową profesurę przyznano mu w 1979. Rozwinął przyjęty później przez astrofizyków podział cywilizacji Kardaszewa z III na VII generacji. Zmarł na powikłania związane z wirusem HIV, którym został zainfekowany podczas operacji wstawiania by-passów jaką przeszedł w 1983. Jest autorem trzech praw robotyki. Kilka utworów Asimova zostało zekranizowanych. Najbardziej znane ekranizacje to: Ja, Robot (I, Robot, 2004) z Willem Smithem oraz Człowiek przyszłości (Bicentennial Man, 1999) z Robinem Williamsem. STRONA 3Przedmowa Mój pisarski romans z robotami zaczął się dziesiątego maja 1939 roku, ale jako czytelnik science fiction zakochałem się w nich duŜo wcześniej. W roku 1939 roboty w literaturze science fiction nie były niczym nowym. Mechaniczne istoty ludzkie spotykamy juŜ w staroŜytnych i średniowiecznych mitach i legendach, lecz słowo „robot” po raz pierwszy pojawiło się w sztuce Karola Capka zatytułowanej Premiera przedstawienia odbyła się w Czechosłowacji w roku 1921, ale utwór szybko doczekał się tłumaczeń na wiele języków. to skrót od „roboty uniwersalne Rossuma”. Rossum, angielski przemysłowiec, produkuje sztuczne istoty ludzkie po to, by zastępowały w pracy człowieka, który teraz, wolny juŜ od wszelkiego przymusu, moŜe oddać się wyłącznie twórczości. (W języku czeskim słowo „robot” oznacza „pracę przymusową”). Mimo najlepszych intencji Rossuma wszystko poszło nie tak, jak zaplanował: roboty wznieciły rebelię i zaczęły niszczyć gatunek ludzki. Nie jest zapewne rzeczą zaskakującą, Ŝe według pojęć roku 1921 postęp techniczny musi doprowadzić do powszechnej katastrofy. Pamiętajmy, Ŝe skończyła się właśnie pierwsza wojna światowa, której czołgi, samoloty i gazy bojowe ukazały ludzkości „ciemną stronę mocy”, by uŜyć określenia z Gwiezdnych wojen. stanowi rozszerzenie ponurej wizji przedstawionej w jeszcze słynniejszym bodaj Frankensteinie, gdzie stworzenie nowego rodzaju sztucznej istoty ludzkiej kończy się katastrofą, choć nie na tak globalną skalę jak w sztuce Čapka. Za przykładem tych dwóch dzieł literatura lat dwudziestych i trzydziestych nieodmiennie ukazywała roboty jako niebezpieczne maszyny, niszczące ostatecznie swoich stwórców. Moralne przesłanie tych utworów przypominało raz po raz, Ŝe „istnieją rzeczy, po które nie powinien sięgać umysł człowieka”. Ja jednak juŜ jako młodzieniec nie mogłem pogodzić się z myślą, Ŝe jeśli wiedza stanowi zagroŜenie, alternatywą jest ignorancja. Zawsze uwaŜałem, Ŝe rozwiązaniem musi być mądrość. Nie naleŜy unikać niebezpieczeństwa. Trzeba tylko nauczyć się nim sterować. Jest to zresztą podstawowe wyzwanie dla człowieka, odkąd pewna grupa naczelnych przekształciła się w ludzi. KaŜdy postęp techniczny niesie ze sobą zagroŜenie. Ogień był niebezpieczny od początku, podobnie (jeśli nie bardziej) - mowa; jedno i drugie jest groźne do dzisiaj, ale bez nich człowiek nie byłby człowiekiem. Tak czy owak, sam nie wiem dlaczego, opowiadania o robotach, które czytałem, nie satysfakcjonowały mnie; czekałem na coś lepszego. I znalazłem - w grudniu 1938 roku na łamach Astounding Science Fiction. Wydrukowano tam opowiadanie Lestera del Reya zatytułowane Helen O’Loy. Autor z ogromną sympatią odnosi się do występującej w utworze postaci robota. Było to chyba dopiero drugie opowiadanie tego pisarza, ale na zawsze juŜ zostałem zagorzałym miłośnikiem del Reya, (Proszę, niech nikt mu o tym nie mówi. On nie moŜe się dowiedzieć). Miesiąc później, w styczniu 1939 roku, w magazynie Amazing Stories równieŜ Eando Binder w opowiadaniu I, Robot pokazał nader sympatycznego robota. Utwór ten, choć znacznie odbiegał klasą od poprzedniej historii, znów niebywale mnie poruszył. Czułem niejasno, Ŝe i ja pragnę napisać opowiadanie, w którym roboty przedstawione byłyby jako istoty miłe, dobre i przyjazne. I tak oto dziesiątego maja 1939 roku rozpocząłem pracę. Trwało to aŜ dwa tygodnie; w tamtych latach pisanie opowiadań zajmowało mi sporo czasu. STRONA 4Stworzoną historię zatytułowałem Robbie, a traktowała ona o robocie-niańce, który bardzo kochał powierzonego jego opiece chłopca, ale w matce dziecka budził lęk. Fred Pohl (liczył sobie wówczas równieŜ dziewiętnaście lat i do dnia dzisiejszego ostro ze mną rywalizuje) okazał się mądrzejszy ode mnie. Przeczytawszy Robbiego oświadczył, Ŝe John Campbell, wszechwładny wydawca Astounding, nie przyjmie tego opowiadania, poniewaŜ zbyt przypomina ono Helen O’Loy. Miał rację. Campbell odrzucił je z tego właśnie powodu. Niemniej, kiedy w jakiś czas potem Fred został wydawcą dwóch nowych magazynów, dwudziestego piątego marca 1940 roku wziął ode mnie Robbiego. Opowiadanie ukazało się drukiem w tym samym roku w numerze wrześniowym czasopisma Super Science Stories, pod zmienionym tytułem Strange Playfellow (Fred miał okropny zwyczaj zmieniania tytułów - prawie zawsze na gorsze. Opowiadanie to ukazywało się potem wielokrotnie drukiem, ale zawsze juŜ pod oryginalnym tytułem). W tamtych latach jednak sprzedawanie opowiadań komuś innemu niŜ Campbell niezbyt mnie interesowało, więc spróbowałem napisać kolejne dziełko. Najpierw przedyskutowałem pomysł z samym Campbellem. Chciałem mieć pewność, Ŝe jeśli nawet odrzuci moje opowiadanie, to zrobi to wyłącznie ze względu na jego niedoskonałość literacką. Napisałem Reason, w którym robot miał - by tak rzec - własną religię. Campbell zakupił ten utwór dwudziestego drugiego listopada 1940 roku i wydrukował go w swoim magazynie w kwietniu 1941 roku. Było to juŜ trzecie opowiadanie, które Campbell ode mnie kupił - a pierwsze, które wziął w takiej formie, w jakiej zostało napisane, nie Ŝądając zmian i poprawek. Fakt ów tak wbił mnie w dumę, Ŝe napisałem trzecie opowiadanie o robotach, tym razem o robocie, który potrafił czytać ludzkie myśli. Zatytułowałem je Liar!. Campbell równieŜ je kupił i opublikował w maju 1941 roku. Tak więc w dwóch kolejnych numerach Astounding miałem dwa swoje opowiadania o robotach. Nie zamierzałem na tym poprzestać. Miałem pomysł na całą serię. Ponadto wymyśliłem coś jeszcze. Dwudziestego trzeciego grudnia 1940 roku, podczas dyskusji z Campbellem o pomyśle czytającego w ludzkich myślach robota, rozmowa zeszła na problem praw rządzących ich zachowaniem. UwaŜałem, Ŝe roboty są urządzeniami mechanicznymi, które mają wbudowane systemy zabezpieczające. Zaczęliśmy się zastanawiać, w jakim kształcie słownym moŜna by to wyrazić - i tak narodziły się Trzy Prawa Robotyki. Najpierw dokładnie sformułowałem owe Trzy Prawa i zacytowałem je w moim czwartym opowiadaniu zatytułowanym Runaround. Ukazało się ono drukiem w maju 1942 roku na łamach Astounding, a tekst samych Praw pojawił się na stronie setnej. Specjalnie o to zadbałem, tam bowiem po raz pierwszy w historii świata, o ile się orientuję, padło słowo „robotyka”. W latach czterdziestych napisałem dla Astounding cztery dalsze opowiadania: Catch That Rabbit, Escape (tutaj Campbell zmienił tytuł na Paradoxical Escape, poniewaŜ przed dwoma laty opublikował juŜ inne opowiadanie pod tytułem Escape), Evidence oraz The Evitable Conflict. Ukazały się one kolejno na łamach Astounding w lutym 1944 roku, w sierpniu 1945, we wrześniu 1946 i w czerwcu 1950 roku. Od 1950 najpowaŜniejsze wydawnictwa, głównie Doubleday and Company, zaczęły publikować fantastykę naukową w twardej oprawie. W styczniu tego roku Doubleday wydał moją pierwszą ksiąŜkę, powieść pt. Kamyk na niebie, a ja w pocie czoła pracowałem juŜ nad następną. Fredowi Pohlowi, który przez jakiś czas był moim agentem, przyszło do głowy, Ŝe mógłbym wydać w jednej ksiąŜce moje opowiadania o robotach. Doubleday wprawdzie nie było zainteresowane zbiorem opowiadań, ale pomysł podchwyciło Ŝywo niewielkie wydawnictwo Gnome Press. STRONA 5Ósmego czerwca 1950 roku wręczyłem im maszynopisy opowiadań zebranych pod wspólnym tytułem Mind and Iron. Wydawca pokręcił głową. - Nazwijmy to I, Robot - powiedział. - Nie moŜemy - odparłem. - Przed dziesięciu laty tak właśnie zatytułował swoje opowiadanie Eando Binder. - A kogo to obchodzi? - odparł wydawca (przytaczam łagodną wersję tego, co naprawdę powiedział), więc dość niechętnie, wyraziłem zgodę na zmianę tytułu sugerowaną przez Gnomę Press. I, Robot ukazała się pod sam koniec roku 1950, jako druga ksiąŜka w moim dorobku pisarskim. Składała się z ośmiu opowiadań o robotach drukowanych przedtem w Astounding, ale ułoŜonych w innej kolejności, tak Ŝe stanowiły pewien logiczny ciąg. Ponadto włączyłem do zbioru moje pierwsze opowiadanie, Robbie, poniewaŜ - mimo Ŝe Campbell je odrzucił - darzyłem je wielkim sentymentem. W latach czterdziestych napisałem wprawdzie jeszcze trzy inne opowieści z cyklu robotów, które Campbell bądź odrzucił, bądź ich w ogóle nie widział, ale nie pasowały one logicznie do innych opowiadań i nie weszły do zbioru I, Robot. Utwory te oraz inne opowiadania o robotach, napisane w ciągu dziesięciu lat po ksiąŜkowym wydaniu I, Robot, znalazły się w zbiorze The Complete Robot, opublikowanym przez Doubleday w roku 1982. KsiąŜka nie zrobiła furory na rynku księgarskim, niemniej rok po roku sprzedawała się stale, choć powoli. Po pięciu latach wydała ją równieŜ brytyjska firma Armed Force, w tańszej twardej oprawie. I, Robot pojawił się równieŜ w wersji niemieckiej (moja pierwsza publikacja obcojęzyczna), a w roku 1956 doczekał się nawet paperbacku w New American Library. Jedynym moim zmartwieniem było Gnome Press, które dogorywało i nie przekazywało mi półrocznych rozliczeń, nie mówiąc juŜ o honorariach. Podobnie zresztą miała się rzecz z trzema ksiąŜkami z cyklu „Fundacja”, wydanymi w tej firmie. W roku 1961 Doubleday, widząc Ŝe Gnome Press nie ma szans na przzetrwanie, przejęło od nich prawa do I, Robot (i ksiąŜek z cyklu Fundacja”) - Od tej chwili pozycje te zaczęły funkcjonować o wiele lepiej - I, Robot do dzisiaj ma dodruki. A to juŜ przecieŜ trzydzieści trzy lata. W roku 1981 prawa do tej ksiąŜki zakupili producenci filmowi, ale jak dotąd nie doczekała się ekranizacji. Doczekała się natomiast tłumaczeń; o ile wiem - na osiemnaście języków, w tym na rosyjski i hebrajski. Ale zbyt wyprzedziłem rozwój wydarzeń. Wróćmy do roku 1952, kiedy to I, Robot jako publikacja Gnome Press z trudem przepychała się do przodu, a ja nie miałem realnych widoków na sukces. Wtedy to pojawiły się nowe, najwyŜszej próby czasopisma z gatunku science fiction, a wraz z nimi przyszedł prawdziwy boom w tej dziedzinie. W roku 1949 zaczął się ukazywać The Magazine ofFantasy and Science Fiction, a w 1950 - Galaxy Science Fiction. Tym samym John Campbell stracił swój monopol i w ten sposób zakończył się „złoty wiek” lat czterdziestych. Z uczuciem pewnej ulgi zacząłem pisywać dla Horace’a Golda, wydawcy Galaxy. Przez ostatnie osiem lat pracowałem wyłącznie dla Campbella i czułem, Ŝe zbyt jestem związany z jednym tylko wydawcą. Gdyby mu się coś przytrafiło, w równym stopniu dotknęłoby to mnie. Kiedy więc Gold zaczął kupować moje utwory, bardzo się uspokoiłem. Gold wydrukował w odcinkach moją drugą powieść, Gwiazdy jak pył…, choć zmienił tytuł na Tyrann, który w moim przekonaniu brzmiał okropnie. Ale Gold nie był jedynym człowiekiem, dla którego pisałem. Jedno opowiadanie o robotach sprzedałem Howardowi Browne’owi, który wydawał Amazing w tym krótkim okresie, kiedy STRONA 6pismo starało się utrzymywać wysoki poziom. Utwór ów, zatytułowany Satisfaction Guaranteed, ukazał się w roku 1951 w kwietniowym numerze tego magazynu. Był to jednak wyjątek. Nie chciałem juŜ więcej pisać opowiadań o robotach. Zbiór I, Robot stanowił naturalne zakończenie pewnego etapu mojej literackiej kariery. Zająłem się innymi sprawami. Gold, który drukował juŜ w odcinkach jedną moją powieść, koniecznie chciał opublikować następną, zwłaszcza kiedy najnowszą ksiąŜkę Prądy przestrzeni wziął do druku w odcinkach Campbell. Dziewiętnastego kwietnia 1952 roku dyskutowałem z Goldem pomysł mojej nowej powieści, która miałaby ukazać się w Galaxy. Wydawca doradzał powieść o robotach, ale ja zdecydowanie odmówiłem. O robotach pisywałem jedynie opowiadania, i miałem powaŜne wątpliwości, czy udałoby mi się sklecić na ten temat sensowną powieść. - AleŜ poradzisz sobie - kusił Gold. - Co myślisz o przeludnionym świecie, w którym pracę ludzi wykonują roboty? - Zbyt przygnębiające - odparłem. - Nie jestem przekonany, czy mam chęć pisać cięŜką, socjologiczną powieść. - Więc zrób to po swojemu. Lubisz kryminały. Wymyśl więc morderstwo w tym przeludnionym świecie, wymyśl detektywa, który ma rozwiązać zagadkę, a za partnera daj mu robota. Jeśli detektyw nie podoła zadaniu, zastąpi go robot. To był celny strzał. Campbell mawiał często, Ŝe kryminalne opowiadanie science fiction jest sprzecznością samą w sobie; w razie kłopotów detektyw moŜe nieuczciwie wykorzystywać wymyślane na poczekaniu wynalazki techniczne, co stanowiłoby naduŜycie wobec czytelnika. Zasiadłem zatem do pisania klasycznego kryminału, który nie byłby takim naduŜyciem, a zarazem byłby typowym utworem science fiction. W ten sposób powstała powieść Pozytonowy detektyw. Ukazała się drukiem w trzech kolejnych numerach Galaxy: w październiku, listopadzie i grudniu 1953 roku. W roku następnym wydrukowało ją wydawnictwo Doubleday jako moją jedenastą ksiąŜkę. Bez wątpienia Pozytonowy detektyw okazał się ksiąŜką, która po dziś dzień stanowi mój największy sukces. Sprzedawała się lepiej niŜ inne, wcześniejsze, od czytelników napływały niezwykle serdeczne listy, no i w Doubleday uśmiechano się do mnie tak ciepło jak nigdy dotąd. Do tej pory, zanim podpisali ze mną kontrakt, Ŝądali szkiców poszczególnych rozdziałów; teraz wystarczało im juŜ tylko moje zapewnienie, Ŝe pracuję nad kolejną ksiąŜką. Pozytonowy detektyw odniósł sukces tak ogromny, Ŝe nieuniknione okazało się napisanie jego drugiej części. Podejrzewam, Ŝe gdybym nie zaczął juŜ pisać prac popularnonaukowych, co sprawiało mi wielką frajdę, zabrałbym się za to natychmiast. Ostatecznie do Nagiego słońca zasiadłem dopiero w październiku 1955 roku. Kiedy jednak juŜ się zmobilizowałem, pisanie szło mi jak z płatka. Utwór stanowił jakby przeciwwagę poprzedniej ksiąŜki. Akcja Pozytonowego detektywa rozgrywa się na Ziemi, gdzie Ŝyje wiele istot ludzkich i nieliczne roboty. Nagie słońce dzieje się na Solarii, w świecie gdzie jest mnóstwo robotów, a ludzi niewielu. Co więcej, choć zasadniczo w swojej twórczości unikałem wątków romansowych, w Nagim słońcu zdecydowałem się taki motyw pomieścić. Byłem bardzo zadowolony z tej powieści i w głębi duszy uwaŜałem ją nawet za lepszą od Pozytonowego detektywa, ale na dobrą sprawę nie wiedziałem, co z nią zrobić. Do Campbella, który zajął się dziwaczną pseudonauką zwaną dianetyką, latającymi talerzami, psioniką i innymi wątpliwej wartości sprawami, trochę się zraziłem. Z drugiej jednak strony zbyt wiele mu zawdzięczałem i dręczyły mnie wyrzuty surnienia, Ŝe tak bezceremonialnie związałem się z STRONA 7Goldem, który wydrukował w odcinkach juŜ dwie moje powieści. Ale z narodzinami Nagiego słońca Gold nie miał nic wspólnego, mogłem więc dysponować tą powieścią wedle własnej woli. Zaproponowałem ją zatem Campbellowi, który nie namyślał się ani chwili. Ukazała się w trzech odcinkach Astounding w roku 1956, w numerach październikowym, listopadowym i grudniowym. Campbell tym razem nie próbował juŜ zmieniać tytułu. W roku 1957 powieść ukazała się w Doubleday jako moja dwudziesta ksiąŜka. Zrobiła taką samą karierę (jeśli nie większą) jak Pozytonowy detektyw i wydawnictwo Doubleday oświadczyło, Ŝe nie mogę na tych dwóch powieściach poprzestać. Powinienem napisać trzecią, tworząc tym samym trylogię, podobnie jak trylogię tworzyły moje wcześniejsze powieści z cyklu ,,Fundacja”. W pełni się z wydawnictwem zgadzałem. Miałem ogólny pomysł fabuły i wymyśliłem nawet tytuł - The Bounds of Infinity. W lipcu 1958 roku wyjechałem z rodziną na trzy tygodnie nad morze, do Marshfield w stanie Massachusetts. Planowałem napisać tam większą część powieści. Akcję umieściłem na Aurorze, gdzie relacja ludzie - roboty nie przechyla się ani na korzyść człowieka, jak w Pozytonowym detektywie, ani na korzyść robota, jak w powieści Nagie słońce. Co więcej, miałem zamiar rozbudować wątek miłosny. Tak to sobie wykombinowałem - ale coś nie wypaliło. W latach pięćdziesiątych coraz bardziej wciągało mnie pisanie ksiąŜek popularnonaukowych i dlatego po raz pierwszy w swojej karierze zacząłem tworzyć coś, co pozbawione było iskry boŜej. Po napisaniu czterech rozdziałów zniechęciłem się i zarzuciłem pomysł. Zdawałem sobie jasno sprawę, Ŝe nie podołam wątkowi romansowemu i nie zdołam stosownie wywaŜyć relacji człowiek - robot. I tak juŜ zostało. Minęło dwadzieścia pięć lat. Zarówno Pozytonowy detektyw jak i Nagie słońce nieustannie były wznawiane. Obie powieści pojawiły się na rynku razem pod tytułem The Robot Novels; ukazały się równieŜ łącznie z niektórymi moimi opowiadaniami w tomie zatytułowanym The Rest of Robots. Poza tym zarówno Pozytonowy detektyw jak i Nagie słońce doczekały się licznych wydań kieszonkowych. Tak więc przez dwadzieścia pięć lat czytelnicy nie stracili z nimi kontaktu i mam nadzieję, Ŝe przyniosły im one wiele radości. Mnóstwo osób pisało do mnie domagając się trzeciej powieści o robotach. Na zjazdach pytano mnie o nią wprost. Nigdy jeszcze tak usilnie nie nakłaniano mnie do napisania czegokolwiek (moŜe z wyjątkiem czwartej powieści z cyklu „Fundacja”). Jeśli ktoś pytał mnie, czy zamierzam napisać trzecią powieść o robotach, nieodmiennie odpowiadałem: „Tak, kiedyś zabiorę się za nią, więc módlcie się, Ŝebym Ŝył jak najdłuŜej”. Ja równieŜ - nie wiem dlaczego - czułem, Ŝe powinienem napisać tę powieść, ale lata mijały, a we mnie rosła pewność, Ŝe nie potrafię tego dokonać, i umacniałem się w smutnym przeświadczeniu, Ŝe trzecia powieść nigdy się nie narodzi. A jednak w marcu 1983 roku przedstawiłem wydawnictwu Doubleday „długo oczekiwaną” trzecią powieść z cyklu „Roboty”. Nosi ona tytuł Roboty z planety świtu i nie ma nic wspólnego z nieszczęsną próbą z 1958 roku*. Isaac Asimov Nowy Jork Baley STRONA 8Elijah Baley, znalazłszy się w cieniu drzewa, mruknął do siebie: - Wiedziałem. Pocę się. Wyprostował się, otarł czoło grzbietem dłoni i popatrzył z obrzydzeniem na wilgotną rękę. - Nienawidzę się pocić - powiedział do siebie, jakby ustalał nowe prawo natury. I znów poczuł Ŝal do wszechświata za stworzenie czegoś tak niezbędnego, a przy tym tak nieprzyjemnego. Nigdy (chyba Ŝe sam tego chcesz) nie pocisz się w Mieście, gdzie temperatura i wilgotność są dokładnie kontrolowane i gdzie ciało nie znajduje się w sytuacji, kiedy ciepło, które wytwarza, przewyŜsza to, które wydziela. Oto cywilizacja. Spojrzał na pole, na gromadę męŜczyzn i kobiet będących w pewnym sensie jego podwładnymi. Większość stanowiła młodzieŜ przed dwudziestką, ale zauwaŜył takŜe kilka osób tak jak i on w średnim wieku. Nieudolnie machali motykami, a takŜe wykonywali wiele innych prac zazwyczaj naleŜących do obowiązków robotów, którym - choć zrobiłyby to znacznie sprawniej - kazano stać z boku i patrzeć na uparcie mozolących się ludzi. Po niebie płynęły chmury i słońce na moment schowało się za jedną z nich. Baley niepewnie spojrzał w górę. To oznaczało, Ŝe promieniowanie słoneczne - a więc i proces pocenia- osłabnie. Jednak mogło takŜe zapowiadać deszcz. Na tym polegał problem z Zewnętrzem. Nieustająca huśtawka nieprzyjemnych alternatyw. Zawsze zdumiewało Baleya, Ŝe taki niewielki obłok moŜe całkowicie zasłonić słońce, zacieniając ziemię aŜ po horyzont, choć reszta nieba pozostaje bezchmurna. Stał pod baldachimem liści, który tworzyło coś w rodzaju prymitywnej ściany i sufitu, wspartej na filarze pokrytym przyjemną w dotyku korą, i znów patrzył na gromadę ludzi, uwaŜnie przyglądając się kaŜdemu z osobna. Przychodzili tu raz na tydzień, niezaleŜnie od pogody. Zyskiwali teŜ nowych zwolenników. Początkowa, mała grupka uparciuchów stała się teraz zdecydowanie liczniejsza. Władze Miasta, jeśli nawet nie popierały tego przedsięwzięcia, były łaskawe nie stawiać przeszkód. Na horyzoncie po prawej ręce Baleya - na wschodzie, jak wynikało z połoŜenia popołudniowego słońca - widział wysokie, sterczące kopuły Miasta, zamykające wszystko, dla czego warto Ŝyć. Zobaczył teŜ małą, poruszającą się plamkę, która była za daleko, Ŝeby ją rozpoznać. Po sposobie, w jaki punkcik się przemieszczał, oraz po innych mniej wyraźnych oznakach Baley stwierdził, Ŝe to robot - co nie było niczym niezwykłym. Powierzchnia ziemi poza Miastami była domeną robotów, a nie ludzi - oprócz nielicznych, takich jak Baley, którzy marzyli o gwiazdach. Mimowolnie wrócił spojrzeniem do machających motykami marzycieli. Wszystkich znał i mógł nazwać po imieniu. Pracowali, ucząc się jak znosić Zewnętrze i… Zmarszczył brwi i mruknął cicho: - A gdzie Bentley? Odpowiedział mu młody głos, pełen radości Ŝycia. - Tu jestem, tato. Baley obrócił się błyskawicznie. - Nie rób tego, Ben. - Czego? - Nie skradaj się do mnie. Mam dość kłopotów z zachowaniem równowagi tutaj, w Zewnętrzu, nie musisz jeszcze mnie straszyć. STRONA 9- Wcale nie chciałem cię przestraszyć. Trudno robić hałas idąc po trawie. Nic nie moŜna na to poradzić… Czy nie uwaŜasz, Ŝe powinieneś juŜ wracać, tato? Jesteś tu juŜ od dwóch godzin i myślę, Ŝe masz dość. - Dlaczego? PoniewaŜ mam czterdzieści pięć lat, a ty jesteś dziewiętnastoletnim smarkaczem? UwaŜasz, Ŝe musisz opiekować się swoim zgrzybiałym ojcem, tak? - No chyba tak. Za to jako wywiadowca spisałeś się doskonale. Dotarłeś do sedna sprawy. Okrągłą twarz Bena rozjaśnił szeroki uśmiech. Patrzył na ojca błyszczącymi oczami. Ma w sobie wiele z Jessie - pomyślał Baley - bardzo przypomina matkę. Rysy chłopca rzeczywiście zdradzały tylko niewielkie podobieństwo do posępnej, owalnej twarzy ojca. Natomiast sposób myślenia przejął Ben od niego. A czasem, gdy się zamyślił, marszczył czoło w sposób świadczący niezbicie, czyim jest synem. - Czuję się doskonale - rzekł Baley. - Oczywiście, tato. Trzymasz się najlepiej z nas wszystkich, zwaŜywszy… - ZwaŜywszy na co? - Na twój wiek, rzecz jasna. I wcale nie zapominam, Ŝe to był twój pomysł. Mimo to zobaczyłem, Ŝe schowałeś się w cieniu, i pomyślałem, Ŝe… no, moŜe staruszek ma dość. - Ja ci dam staruszka - obruszył się Baley. Robot, którego zauwaŜył opodal Miasta, był juŜ dostatecznie blisko, Ŝeby go dokładnie obejrzeć, ale Baleya to nie interesowało. Zwrócił się natomiast do syna: - Trzeba od czasu do czasu schować się w cieniu, kiedy słońce grzeje zbyt mocno. Musimy nauczyć się korzystać z zalet przebywania w Zewnętrzu, tak samo jak znosić związane z tym niewygody. Zaraz zza tej chmury wyjrzy słońce. - Masz rację. No cóŜ, moŜe wrócimy? - Zostanę jeszcze. Raz na tydzień mam wolne popołudnie i spędzam je tutaj. To mój przywilej. Otrzymałem go razem z klasą C–7. - Nie chodzi o przywilej, tato. Chodzi o to, Ŝe jesteś przemęczony. - Mówię ci, Ŝe czuję się znakomicie. - Pewnie. A kiedy przyjdziemy do domu, od razu pójdziesz do łóŜka i będziesz leŜał w ciemności. - Zwykłe antidotum na nadmiar słońca. - Mamę to niepokoi. - No cóŜ, niech trochę się pomartwi. To jej dobrze zrobi. Ponadto, co złego w tym, Ŝe trochę tu posiedzę? Najgorsze jest to, Ŝe się pocę, jednak do tego po prostu muszę się przyzwyczaić. Nie moŜna inaczej. Kiedy zacząłem, nie potrafiłem odejść nawet kilku metrów od Miasta, nie oglądając się za siebie - a wtedy tylko ty mi towarzyszyłeś. Teraz spójrz, ilu nas jest i jak daleko mogę odejść bez Ŝadnych problemów. Potrafię teŜ więcej znieść. Wytrzymam jeszcze godzinę. Z łatwością. Mówię ci, Ben, twojej matce dobrze zrobiłoby, gdyby teŜ tu przyszła. - Kto? Mama? Chyba Ŝartujesz. - To wcale nie są Ŝarty. Kiedy nadejdzie czas odlotu, nie będę mógł lecieć ze względu na nią. - I będziesz z tego zadowolony. Nie oszukuj się, tato. To przecieŜ nie nastąpi zaraz. A jeśli nie jesteś za stary dziś, na pewno będziesz wówczas. Takie przedsięwzięcie jest dla młodych ludzi. - Wiesz co - warknął Baley, zaciskając pięści. - Jesteś taki sprytny, z tymi twoimi „młodymi ludźmi”. Czy byłeś juŜ na innej planecie? Czy któryś z tych tam na polu opuścił kiedyś Ziemię? A ja tak. Dwa lata temu. Nie miałem Ŝadnej aklimatyzacji i przeŜyłem. - Tak, tato, ale ta słuŜbowa podróŜ trwała krótko, a ponadto miałeś bardzo dobrą opiekę. To nie to samo. STRONA 10- To samo - upierał się Baley, w głębi serca wiedząc, Ŝe nie ma racji. - A zresztą przygotowania do odlotu nie potrwają tak długo. Jeśli otrzymam zgodę na przelot na Aurorę, oderwiemy się od Ziemi. - Zapomnij o tym. To nie będzie takie łatwe. - Musimy spróbować. Rząd nie wypuści nas, jeśli Aurora nie wyrazi zgody na nasz przylot. To największy i najpotęŜniejszy z kosmicznych światów, a jego opinia… - Liczy się! Wiem. Dyskutowaliśmy na ten temat milion razy. Jednak nie potrzebujemy tam lecieć, Ŝeby je otrzymać. Są takie rzeczy jak promieniowanie transmisyjne. MoŜemy z nimi porozmawiać siedząc tutaj. Przypominałem ci juŜ o tym nieraz. - To nie to samo. Musimy mieć bezpośredni kontakt - ja teŜ mówiłem ci to wielokrotnie. - Baley nie ustępował. - W kaŜdym razie - powiedział Ben - jeszcze nie jesteśmy gotowi. - Nie jesteśmy, poniewaŜ Ziemia nie chce nam dać statków. Przestrzeniowcy udostępnią je razem z niezbędną pomocą techniczną. - Co za pewność! Dlaczego mieliby to zrobić. Od kiedy zaczęli Ŝywić takie ciepłe uczucia do nas, krótko Ŝyjących Ziemian? Gdybym mógł z nimi porozmawiać… - Daj spokój, tato. Po prostu chcesz polecieć na Aurorę, Ŝeby zobaczyć tę kobietę. Baley zmarszczył czoło i jego brwi nad głębokimi oczodołami nastroszyły się groźnie. - Kobietę? Jehoshaphat! Ben, o czym ty mówisz? - Eee, tato, tak między nami - i ani słowa mamie - co naprawdę zaszło między tobą a tą Solarianką? Jestem juŜ duŜy. MoŜesz mi powiedzieć. - Jaka kobieta? - Potrafisz patrzeć mi w oczy i zaprzeczać znajomości z Solarianką, którą oglądała cała Ziemia? Gladia Delmarre, o niej mówię. - Nic nie zaszło. Ten film to bzdura. Powtarzałem ci to tysiąc razy. Ona wcale tak nie wyglądała. Ja tak nie wyglądałem. Wszystko zostało wymyślone. Wiesz przecieŜ, Ŝe wyprodukowali to wbrew mojej woli, poniewaŜ rząd uwaŜał, Ŝe w ten sposób ukaŜe Przestrzeniowcom Ziemię w dobrym świetle. Postaraj się nie sugerować czegoś innego twojej matce. - Nawet nie przyszłoby mi to do głowy. Jednak ta Gladia udała się na Aurorę i ty teŜ chcesz tam polecieć. - Czy próbujesz mi powiedzieć, Ŝe naprawdę uwaŜasz, iŜ chcę lecieć na Aurorę… Jehoshaphat! Jego syn uniósł brwi. - Co się stało? - Ten robot. To R. Geronimo. - Kto? - Robot-goniec z naszego wydziału. Wyszedł z Miasta! Mam wolne i celowo zostawiłem telefon w domu, bo nie chciałem, Ŝeby zawracali mi głowę. Mam taki przywilej jako C–7, a jednak wysłali po mnie robota. - Skąd wiesz, Ŝe po ciebie, tato? - Drogą dedukcji. Po pierwsze: nie ma tu nikogo innego, kto miałby coś wspólnego z policją; po drugie: on idzie prosto w naszą stronę, a więc wnioskuję, Ŝe to mnie szuka. Powinienem schować się za drzewo i nie wychodzić. - To nie mur, tato. Robot moŜe je obejść. - Panie Baley, mam dla pana wiadomość. Czekają na pana w Komendzie Głównej - rozległo się wołanie. STRONA 11Robot stanął, chwilę czekał, po czym powtórzył jeszcze raz: - Panie Baley, mam dla pana wiadomość. Czekają na pana w Komendzie Głównej. - Słyszę i rozumiem - odparł zrezygnowany Baley. Taka odpowiedź była konieczna, w przeciwnym razie robot powtarzałby swoje bez końca. Baley lekko zmarszczył brwi, oglądając posłańca. To był nowy model, bardziej podobny do człowieka niŜ starsze wersje. Z wielką pompą został uruchomiony zaledwie przed miesiącem. Rząd zawsze próbował wszystkiego, co mogłoby zapewnić społeczną akceptację robotów. Ten miał szarawą powierzchnię z matowym połyskiem, trochę elastyczną w dotyku, przypominającą miękką skórę. Wyraz jego twarzy, choć niezmienny, nie był tak głupawy, jak u większości robotów. Jednak w rzeczywistości poziomem rozwoju umysłowego - podobnie jak inne - niewiele odbiegał od kretyna. Baley wspomniał R. Daneela Olivawa, robota Przestrzeniowców, towarzyszącego mu w trakcie wykonywania dwóch zadań - jednego na Ziemi, a drugiego na Solarii - którego widział po raz ostatni, gdy Daneel konsultował z nim sprawę lustrzanego odbicia. Wykazywał on tyle ludzkich cech, Ŝe Baley traktował go jak przyjaciela i tęsknił za nim, nawet teraz. Gdyby wszystkie roboty były takie… - Mam dziś wolny dzień, chłopcze - powiedział Baley. - Nie muszę iść do pracy. R. Geronimo milczał, tylko ręce lekko mu drŜały. Baley wiedział, iŜ oznacza to jakiś konflikt w pozytonowych układach robota. Maszyna musiała słuchać ludzi, lecz często zdarzało się, Ŝe dwie osoby Ŝądały wykonania wzajemnie sprzecznych poleceń. Robot dokonał wyboru. Powiedział: - Ma pan dziś wolny dzień. Czekają na pana w Komendzie Głównej. - Jeśli cię potrzebują, tato… - rzekł niechętnie Ben. Baley wzruszył ramionami. - Nie przesadzaj, synu. Gdyby naprawdę mnie tak potrzebowali, przysłaliby zamknięty pojazd i jakiegoś człowieka na ochotnika, zamiast posyłać piechotą robota i irytować mnie jego komunikatami. Ben potrząsnął głową. - PrzecieŜ nie wiedzieli, gdzie jesteś i jak długo trzeba będzie cię szukać. Sądzę, Ŝe dlatego nie wysyłali człowieka. - Tak? No cóŜ, zobaczmy, jak waŜne jest to polecenie. R. Geronimo, wracaj na komendę i powiedz, Ŝe będę w pracy o dziewiątej - zwrócił się do robota. - Idź! To rozkaz! - dorzucił ostro. Robot wyraźnie się zawahał, po czym odszedł kawałek, zawrócił, zbliŜył się nieco do Baleya, a w końcu stanął jak wryty, trzęsąc się całym ciałem. Baley rozpoznał objawy i mruknął do Bena: - Chyba będę musiał pójść. Jehoshaphat! Robot nie radził sobie z tym, co specjaliści określali mianem równopotencjalnych sprzeczności na drugim poziomie. Posłuszeństwo było Drugim Prawem i R. Geronimo właśnie otrzymał dwa niemal równowaŜne, a zarazem przeciwstawne rozkazy. Powszechnie nazywano taką sytuację roboblokiem albo - częściej - roblokiem. Robot powoli zwrócił się ku niemu. Pierwsze polecenie było waŜniejsze, ale tylko trochę, dlatego mówił niewyraźnie. - Panie, powiedziano mi, Ŝe moŜesz tak odpowiedzieć. W takim wypadku miałem przekazać… - Urwał i dodał ochrypłym głosem: - Miałem przekazać, jeśli będziesz sam. Baley lekko poruszył głową i Ben nie czekał. Wiedział, kiedy ojciec jest tatą, a kiedy policjantem, odszedł więc szybko na bok. Zirytowany Baley przez chwilę zastanawiał się, czy nie wzmocnić swojego polecenia, pogłębiając w ten sposób blok, lecz to z pewnością spowodowałoby uszkodzenie wymagające STRONA 12analizy pozytonowej i przeprogramowania. Koszt, mogący równać się całorocznym zarobkom policjanta, zostałby potrącony z pensji Baleya. - Cofam rozkaz - powiedział. - Co miałeś przekazać? R. Geronimo natychmiast zaczął mówić wyraźnie. - Kazano mi powiedzieć, Ŝe jest pan potrzebny w związku z Aurorą. Baley obrócił się do Bena i zawołał: - Daj im jeszcze pół godziny, a potem powiedz, Ŝe mają wracać. Muszę iść. Ruszając, rzekł z pretensją w głosie do robota: - Dlaczego nie kazali ci powiedzieć tak od razu? I dlaczego nie mogli zaprogramować cię tak, Ŝebyś wziął wóz i oszczędził mi spaceru? Dobrze wiedział, dlaczego. Jakikolwiek wypadek, w który byłby wplątany robot, wywołałby falę nowych zamieszek skierowanych przeciwko tym maszynom. Przyspieszył kroku. Od murów Miasta dzieliły go dwa kilometry, a później będzie musiał przedrzeć się do centrali w godzinie szczytu. Aurora? CzyŜby jakiś kolejny kryzys? Minęło pół godziny, zanim Baley dotarł do bramy miejskiej, przygotowany na to, co nastąpi. Choć moŜe tym razem będzie inaczej. Podszedł do płaszczyzny dzielącej Zewnętrze od Miasta - mur odgraniczający chaos od cywilizacji. PołoŜył dłoń na płytce kontaktowej i pojawił się otwór. Jak zwykle, Baley nie czekał, aŜ przejście się otworzy do końca, lecz prześlizgnął się przez nie, gdy tylko było wystarczająco szerokie. R. Geronimo poszedł w jego ślady. Policyjny wartownik drgnął zaskoczony. Za kaŜdym razem, gdy ktoś przychodził z Zewnętrza, miał takie samo niedowierzanie w oczach, tak samo stawał na baczność, tak samo kładł dłoń na kolbie blastera i tak samo marszczył brwi. Baley spojrzał ostro i wartownik, pręŜąc się słuŜbiście, zasalutował. Drzwi zniknęły. Baley znalazł się w Mieście. Ściany wokół zamknęły się, a Miasto stało się wszechświatem. Znów był zanurzony w bezkresnym, wiecznym szumie, odorze ludzi i maszyn, który niebawem zapadnie w podświadomość; w łagodnym, rozproszonym świetle, nie przypominającym bezpośredniego, zmiennego blasku w Zewnętrzu, z jego zielenią, brązem, błękitem i bielą przerywanymi czerwienią lub Ŝółcią. Tu nie było podmuchów wiatru, skwaru, chłodu ani zapowiedzi deszczu; zamiast tego była cicha, nieustająca obecność łagodnych prądów powietrza, utrzymujących świeŜość. Temperaturę i wilgotność dobrano tak precyzyjnie do wymagań ludzkich organizmów, Ŝe ich nie odczuwano. Baley mimowolnie odetchnął z ulgą i poweselał, gdy stwierdził, Ŝe znów jest w domu, bezpieczny w znanym mu i znającym go środowisku. Zawsze tak było. Ponownie zaakceptował Miasto jako łono, wracając tu z ulgą i zadowoleniem. Wiedział, Ŝe to łono zrodziło ludzkość. Dlaczego jednak tak chętnie pogrąŜał się w nim z powrotem? I czy zawsze tak będzie? A jeśli się mu uda wyprowadzić niezliczone rzesze z Miasta i z Ziemi do gwiazd, czy naprawdę sam nigdzie stąd nie wyruszy? Czy zawsze tylko w Mieście będzie się czuł jak w domu? Zacisnął zęby - roztrząsanie tego nie miało sensu. - Czy przyjechałeś tu pojazdem, chłopcze? - zwrócił się do robota. - Tak, panie. - Gdzie on teraz jest? - Nie wiem, panie. Baley zwrócił się do wartownika. - Tego robota dostarczono tu dwie godziny temu. Co stało się z pojazdem, którym przyjechał? STRONA 13- Przed godziną został gdzieś wezwany, sir. Niepotrzebnie pytał. Ci w samochodzie nie wiedzieli, jak długo robot będzie go szukał, więc nie czekali. Baley przez chwilę miał ochotę ich wezwać, ale poradziliby mu, Ŝeby skorzystał z ruchomego chodnika; tak będzie szybciej. Jedynym powodem jego wahania była obecność R. Geronima. Nie chciał, aby towarzyszył mu on na pasie szybkiego ruchu, ale nie mógł oczekiwać, Ŝe robot przedrze się do komendy przez wrogo nastawione tłumy. Nie miał wyboru. Niewątpliwie komisarz nie zamierzał niczego mu ułatwiać. Na pewno złościło go, Ŝe nie moŜe wezwać Baleya przez telefon. - Tędy, chłopcze - rzekł Baley. Miasto zajmowało pięć tysięcy kilometrów kwadratowych i miało przeszło czterysta kilometrów ekspresstrady, plus setki kilometrów ruchomych chodników, słuŜących z górą dwudziestu milionom mieszkańców. Skomplikowana sieć połączeń biegła na ośmiu poziomach, przecinając się w setkach miejsc, co umoŜliwiało przesiadki w róŜnych kierunkach. Jako wywiadowca, Baley musiał znać ją na pamięć. MoŜna by go wywieźć z zawiązanymi oczami w najdalszy kąt Miasta, zdjąć opaskę, a bezbłędnie odnalazłby drogę powrotną. Tak więc i teraz dobrze wiedział, jak dostać się do centrali. Miał do wyboru osiem róŜnych tras, lecz przez chwilę zastanawiał się, która z nich będzie o tej porze najmniej zatłoczona. Tylko przez chwilę. - Chodź ze mną, chłopcze - rzekł. Robot posłusznie ruszył za nim. Skoczyli na pobliski pas transportowy i Baley przytrzymał się jednego z pionowych prętów: białego, ciepłego, o powierzchni umoŜliwiającej dobry chwyt. Nie chciał siadać; nie zostaną tu długo. Robot zaczekał na przyzwalający gest Baleya, zanim złapał się tego samego pręta. Równie dobrze mógł tego nie robić - bez trudu utrzymywał równowagę - ale Baley nie zamierzał ryzykować. Odpowiadał za robota i musiałby zapłacić Miastu, gdyby R. Geronimo uległ uszkodzeniu. Na pasie jechało juŜ kilka osób i wszyscy z zaciekawieniem patrzyli na robota. Baley przechwycił te spojrzenia, a poniewaŜ jego wygląd budził respekt, gapie szybko poodwracali głowy. Dał znak ręką i zeskoczył z pasa. Właśnie dotarli do punktu przesiadkowego, a poniewaŜ poruszali się z taką samą szybkością jak sąsiedni pas, więc nie musieli zwalniać. Baley przeszedł na drugi i poczuł pęd powietrza - teraz juŜ nie osłaniała ich plastikowa kabina. Podniósł jedno ramię na wysokość oczu, Ŝeby złagodzić napór powietrza. Zjechał w dół, do przecięcia z ekspresstradą, a potem zaczął wjeŜdŜać w górę pasem biegnącym równolegle do niej. Usłyszał młody głos wołający „robot!” i dobrze wiedział, co zaraz nastąpi. Grupka kilku chłopców przebiegnie po pasie i popchnięty robot ze szczękiem runie w dół. Potem zatrzymany nastolatek, jeśli w ogóle stanie przed sądem, będzie twierdził, Ŝe robot wpadł na niego, Ŝe stanowił zagroŜenie dla podróŜnych - i z pewnością zostanie uniewinniony. Robot nie mógł ani się obronić, ani zeznawać w sądzie. Baley zareagował natychmiast, ustawiając się między pierwszym nastolatkiem a robotem. Przeszedł na szybszy pas, podniósł rękę wyŜej - jakby osłaniając się przed silniejszym podmuchem wiatru - i nieznacznym ruchem łokcia zepchnął chłopca na sąsiednie, wolniejsze pasmo, na co tamten zupełnie nie był przygotowany. Krzycząc ze strachu, stracił równowagę i upadł. Pozostali przystanęli, szybko ocenili sytuację i pospiesznie czmychnęli. - Na autostradę, chłopcze. STRONA 14R. Geronimo zawahał się. Robotom nie było wolno bez opieki jeździć drogą szybkiego ruchu, lecz otrzymał stanowczy rozkaz, więc go wykonał. Człowiek podąŜył za nim i to uspokoiło maszynę. Baley przecisnął się przez tłum podróŜnych, popychając przed sobą R. Geronima. Przeszedł na mniej zatłoczony górny poziom, złapał się pręta i jedną nogą mocno przydepnął stopę robota, zniechęcając wszystkich gapiów groźnym spojrzeniem. Po piętnastu kilometrach znalazł się w pobliŜu komendy i wysiadł. R. Geronimo poszedł za nim. Był nie uszkodzony, nawet nie draśnięty. Baley zwrócił go i otrzymał pokwitowanie. Dokładnie sprawdził datę, czas i numer seryjny robota, po czym schował kwit do portfela. Zanim skończy się ten dzień, sprawdzi i upewni się, Ŝe zwrot został zarejestrowany przez komputer. Teraz szedł na spotkanie z komisarzem. Znał go dobrze. Wiedział, Ŝe gdyby spotkało go jakiekolwiek niepowodzenie, będzie ono powodem degradacji. Okropny facet. Traktował dotychczasowe sukcesy Baleya jako osobistą zniewagę. Komisarzem był Wilson Roth. Objął to stanowisko dwa i pół roku temu. Zajął miejsce Juliusa Enderby’ego, który podał się do dymisji, kiedy osłabło wzburzenie wywołane morderstwem Przestrzeniowca. Baley nigdy nie pogodził się z tą zmianą. Julius, mimo wszystkich swoich wad, był zarówno przyjacielem, jak i zwierzchnikiem; Roth był tylko zwierzchnikiem. Nawet nie wychował się w Mieście. Nie w tym Mieście. Ściągnięto go tutaj. Roth nie był ani zbyt wysoki, ani zbyt gruby. Uwagę jedynie zwracała jego wielka głowa, osadzona na wysuniętym do przodu karku. To nadawało mu cięŜkawy wygląd. Oczy miał na pół przysłonięte opadającymi powiekami. Wyglądał na wiecznie zaspanego, ale wszystko zauwaŜał. Baley przekonał się o tym, gdy tylko tamten objął stanowisko. Wiedział, Ŝe Roth go nie lubi i sam Ŝywił podobne uczucia do niego. Komisarz nie wyglądał na rozzłoszczonego - nigdy nie sprawiał takiego wraŜenia - lecz w głosie słychać było niezadowolenie. - Baley, dlaczego tak trudno cię znaleźć? - zapytał. - PoniewaŜ dziś mam wolne popołudnie, komisarzu - odparł spokojnie wywiadowca. - Tak, ten przywilej C–7. Słyszałeś coś o biperze, prawda? O takim czymś, co odbiera wiadomości? MoŜesz zostać wezwany, nawet w wolnym czasie. - Wiem o tym bardzo dobrze, komisarzu, ale teraz Ŝadne przepisy nie nakazują noszenia bipera. MoŜna nas wezwać bez niego. - Na obszarze Miasta tak, ale ty przebywałeś w Zewnętrzu - a moŜe się mylę? - Nie myli się pan, komisarzu. Wyszedłem z Miasta. Przepisy nie nakazują, abym w takim wypadku nosił biper. - Zasłaniasz się literą prawa, tak? - Tak, komisarzu - odparł chłodno Baley. Roth wstał, rozejrzał się wokół nieco groźnie, po czym usiadł na biurku. Zainstalowane przez Enderby’ego okno dawno zostało zamurowane i zamalowane. W zamkniętym pomieszczeniu komisarz wydawał się wyŜszy. Nie podnosząc głosu powiedział: - Myślę, Baley, Ŝe liczysz na wdzięczność Ziemi. - Mam zamiar wykonywać moją pracę, komisarzu, najlepiej jak umiem i zgodnie z przepisami. - A kiedy naginasz przepisy, spodziewasz się pobłaŜliwości. Baley nic na to nie odpowiedział, komisarz zaś ciągnął dalej: - Uznano, Ŝe dobrze poradziłeś sobie ze sprawą morderstwa Sartona przed trzema laty. - Dzięki, komisarzu - odparł Baley. - Sądzę, Ŝe to doprowadziło do demontaŜu Kosmopola. STRONA 15- Tak, przy aplauzie Ziemian. Uznano równieŜ, iŜ dobrze się spisałeś dwa lata temu na Solarii. Pragnę cię zapewnić, Ŝe wiem, iŜ rezultatem była zmiana warunków traktatu ze światami Przestrzeniowców na znacznie korzystniejsze dla Ziemi. - Myślę, Ŝe to jest w aktach, sir. - Zostałeś uznany za bohatera. - Nigdy tego nie twierdziłem. - Byłeś dwukrotnie awansowany, po kaŜdej z tych spraw. Powstał nawet film oparty na wydarzeniach, które miały miejsce na Solarii. - Zrobiony bez mojej zgody i wbrew mojej woli, komisarzu. - Lecz przedstawia cię jako bohatera. Baley wzruszył ramionami. Komisarz bezskutecznie czekał kilka sekund na reakcję, po czym ciągnął dalej: - Od tamtej pory minęły prawie dwa lata i nie dokonałeś niczego waŜnego. - Rozumiem, Ŝe Ziemię moŜe interesować, co dla niej ostatnio zrobiłem. - Właśnie. I zapewne zapyta o to. Wiadomo, Ŝe jesteś przywódcą nowego ruchu skupiającego tych, którzy próbują przebywać w Zewnętrzu, grzebią w ziemi i udają roboty. - To dozwolone. - Nie wszystko, co dozwolone, jest mile widziane. Myślę, Ŝe wielu ludzi uwaŜa cię za dziwaka, a nie bohatera. - MoŜe to się zgadza z moją własną opinią o sobie - rzekł Baley. - Publiczność jest znana z notorycznie krótkiej pamięci. W twoim wypadku bohater moŜe szybko zostać uznany za dziwaka, więc jeśli popełnisz błąd, będziesz miał powaŜne kłopoty. Reputacja, na jaką liczysz… - Z całym szacunkiem, komisarzu, na nic nie liczę. - Reputacja, na jaką zdaniem Wydziału Policji liczysz, nie pomoŜe ci i ja takŜe nie będę w stanie pomóc. Przez chwilę na kamiennej twarzy Baleya pojawił się cień uśmiechu. - Nie chciałbym, aby ryzykował pan swoje stanowisko, podejmując jakąś rozpaczliwą próbę ratowania mnie. Komisarz wzruszył ramionami i uśmiechnął się równie przelotnie. - Nie musisz się o to martwić. - Dlaczego więc mówi mi pan o tym? - To jest ostrzeŜenie. Nie próbuję cię zniszczyć, zrozum. Daję jedynie przestrogę na przyszłość. Będziesz zamieszany w niezwykle delikatne sprawy i z łatwością moŜesz popełnić błąd, a ja uprzedzam, Ŝe nie wolno go popełnić. Przy tych słowach na twarzy komisarza pojawił się szeroki uśmiech. Baley obrzucił go powaŜnym spojrzeniem. - Czy moŜe mi pan wyjawić, co to za delikatna sprawa? Nie wiem. - Czy chodzi o Aurorę? - R. Geronimo dostał instrukcje, Ŝeby tak powiedzieć w razie potrzeby, ale ja nic o tym nie wiem. - A więc dlaczego pan twierdzi, Ŝe to bardzo delikatna sprawa? - Daj spokój, Baley, ty jesteś specem od zagadek. Jak myślisz, co sprowadza członka Departamentu Sprawiedliwości do Miasta, skoro mogli ściągnąć cię do Waszyngtonu, tak jak dwa lata temu w sprawie incydentu na Solarii? I co sprawia, Ŝe przedstawiciel ten marszczy brwi, denerwuje się i niecierpliwi, kiedy nie moŜna cię znaleźć? Twoja decyzja, Ŝeby nie być STRONA 16osiągalnym, była pomyłką, za którą ja nie ponoszę Ŝadnej odpowiedzialności. MoŜe nie był to fatalny błąd, ale sądzę, Ŝe kiepsko zacząłeś. - A pan jeszcze mnie teraz zatrzymuje - powiedział Baley, marszcząc brwi. - Niezupełnie. Gość z Departamentu właśnie się odświeŜa Wiesz, co to za eleganciki. Dołączy do nas, kiedy skończy. Wiadomość o twoim przybyciu została przekazana, więc czekaj, tak samo jak ja. I Baley czekał. Od dawna wiedział, Ŝe film zrobiony wbrew jego woli, chociaŜ pomógł Ziemi, pogorszył jego stosunki w komendzie. Stworzono mu trójwymiarowy portret, który wyróŜniał go z dwuwymiarowej szarzyzny organizacji i czynił celem ataków. Otrzymał awans i przywileje, ale to takŜe zwiększyło wrogie nastawienie komendy. A im wyŜej awansuje, tym bardziej potłucze się, jeśli spadnie. JeŜeli popełni błąd… Przedstawiciel Departamentu wszedł, obojętnie rozejrzał się wokół, zbliŜył się do biurka Rotha i usiadł. Zachowywał się jak przystało urzędnikowi wysokiej rangi. Roth spokojnie zajął sąsiedni fotel. Baley w dalszym ciągu stał i usiłował nie okazywać zdziwienia. Roth mógł go ostrzec, ale nie zrobił tego. Specjalnie tak dobierał słowa, Ŝeby niczego nie zdradzić. Przedstawiciel okazał się kobietą. Nie było Ŝadnego powodu, który by to wykluczał. KaŜdy urzędnik moŜe być kobietą, nawet sekretarz generalny. Kobiety słuŜyły takŜe w policji, jedna nawet w stopniu kapitana. Lecz Baley nie spodziewał się, Ŝe właśnie teraz ją spotka. Historia znała wypadki, kiedy kobiety zajmowały wiele stanowisk w administracji. Wiedział o tym; dobrze znał historię. Jednak obecnie były inne czasy. Kobieta siedziała sztywno wyprostowana w fotelu. Jej mundur niewiele róŜnił się od męskiego, tak samo jak fryzura. Płeć zdradzały jedynie piersi, których wypukłości nie starała się ukryć. Miała około czterdziestu lat, regularne i wyraziste rysy twarzy. Była atrakcyjną kobietą w średnim wieku, dość wysoką brunetką, jeszcze bez śladów siwizny. - Pan jest wywiadowcą Elijahem Baleyem, klasa C-7. To było stwierdzenie, a nie pytanie. - Tak, proszę pani - odpowiedział mimo to Baley. - Ja jestem podsekretarzem i nazywam się Lavinia Demachek. Wcale nie wygląda pan tak jak na filmie, który o panu nakręcono. Często mu to mówiono. - Nie mogli zrobić wiernego portretu, poniewaŜ nie zyskałby wielu widzów, proszę pani - rzekł sucho Baley. - Nie jestem pewna. Wygląda pan lepiej niŜ ten aktor o twarzy dziecka, którego zaangaŜowali. Baley zawahał się sekundę, lecz postanowił zaryzykować, a moŜe po prostu nie mógł się oprzeć pokusie. Powiedział z pewnością siebie: - Ma pani dobry gust. Roześmiała się i Baley odetchnął. - Ale dlaczego kazał mi pan na siebie czekać? - Nie poinformowano mnie o pani przybyciu, a właśnie miałem wolne popołudnie. - Które spędzał pan w Zewnętrzu, jak słyszałam. - Istotnie. - Powiedziałabym, Ŝe jest pan jednym z tych czubków, gdybym nie miała tak dobrego gustu. A więc zamiast tego zapytam, czy jest pan jednym z tych entuzjastów. STRONA 17- Tak, proszę pani. - Spodziewa się pan wyemigrować pewnego dnia i znaleźć nowe światy wśród pustki Galaktyki? - Raczej nie. Mogę juŜ być za stary, ale… - Ile pan ma lat? - Czterdzieści pięć. - No, wygląda pan na tyle. Tak się składa, Ŝe ja mam teŜ czterdzieści pięć lat. - Nie wygląda pani na tyle. - Na więcej czy na mniej? Znów się roześmiała, a potem dodała: - Jednak nie bawmy się w słowne gierki. Czy uwaŜa pan, Ŝe jestem za stara na pionierkę? - Nikt z nas nie moŜe być pionierem bez treningu w Zewnętrzu. Szkolenie najlepiej odbyć za młodu. Mam nadzieję, Ŝe mój syn pewnego dnia stanie na innej planecie. - Naprawdę? Chyba pan wie, Ŝe Galaktyka naleŜy do Światów Zaziemskich. - Jest ich tylko pięćdziesiąt, proszę pani. W Galaktyce są miliony planet nadających się do zasiedlenia - albo do przysposobienia - nie zamieszkanych przez inteligentne formy Ŝycia. - Tak, ale Ŝaden statek nie moŜe opuścić Ziemi bez zgody Przestrzeniowców. - MoŜe ją otrzymamy. - Nie podzielam pańskiego optymizmu, panie Baley. - Rozmawiałem z Przestrzeniowcami, którzy… - Wiem o tym - powiedziała Demachek. - Moim zwierzchnikiem jest Albert Minnim, który dwa lata temu wysłał pana na Solarię. Pozwoliła sobie na lekki uśmieszek. - O ile pamiętam, aktor, który grał jego rolę w tym programie, był do niego bardzo podobny. Pamiętam takŜe, Ŝe szef nie był tym zachwycony. Baley zmienił temat. - Prosiłem podsekretarza Minnima… - Został awansowany, jak panu wiadomo. Baley doskonale rozumiał znaczenie klasy zaszeregowania. - Jaki teraz ma tytuł? - Wicesekretarza. - Dziękuję. Prosiłem wicesekretarza Minnima o pozwolenie na przelot na Aurorę, Ŝeby załatwić tę sprawę. - Kiedy? - Niedługo po powrocie z Solarii. Od tej pory dwukrotnie ponawiałem prośbę. - Jednak nie otrzymał pan upragnionej odpowiedzi? - Nie, proszę pani. - I jest pan zdziwiony? - Jestem rozczarowany. - Niepotrzebnie. - Lekko odchyliła się w fotelu. - Nasze stosunki ze Światami Zaziemskimi są bardzo delikatne. Z pewnością sądzi pan, Ŝe dwie rozwiązane sprawy złagodziły napięcie - i tak jest. Ten okropny program o panu równieŜ bardzo pomógł. Jednak ta poprawa to zaledwie tak mała część - tu zbliŜyła palec wskazujący do kciuka - tak wielkiej całości. - Przy ostatnich słowach szeroko rozłoŜyła ramiona. - W tych okolicznościach - ciągnęła - nie mogliśmy ryzykować wysłania pana na Aurorę, najwaŜniejszy Świat Zaziemski, gdzie mógłby pan zrobić coś, co wywołałoby międzygwiezdne reperkusje. Baley popatrzył jej w oczy. - Byłem na Solarii i nie narobiłem zamieszania. Wprost przeciwnie… STRONA 18- Tak, wiem, lecz był pan tam na Ŝyczenie Przestrzeniowców, a taki wyjazd dzielą całe parseki od wizyty na nasze Ŝądanie. Nie moŜe pan tego nie pojmować. Baley milczał. Kobieta mruknęła, Ŝe to ją nie dziwi i powiedziała: - Od kiedy pańskie prośby zostały przedłoŜone wicesekretarzowi i - zupełnie słusznie - zignorowane, sytuacja zmieniła się na gorsze, zwłaszcza w ciągu ostatniego miesiąca. - Czy taki jest powód tego spotkania? - CzyŜby zaczynał się pan niecierpliwić, sir? - powiedziała z ironią. - Czy mam nie odbiegać od tematu? - Nie, proszę pani. - Dlaczego? Staję się przecieŜ męcząca. A więc przejdę do sedna sprawy i zapytam, czy zna pan doktora Hana Fastolfe’a. Baley odparł ostroŜnie: - Spotkałem go raz, trzy lata temu, w ówczesnym Kosmopolu. - Polubił go pan, jak sądzę. - Był przyjacielski jak na Przestrzeniowca. Kobieta cicho prychnęła. - WyobraŜam sobie. Czy zdaje pan sobie sprawę z tego, Ŝe przez ostatnie dwa lata stał się on wpływowym politykiem na Aurorze? - Słyszałem, Ŝe zasiada w rządzie, od… od mojego dawnego partnera. - Od R. Daneela Olivawa, pańskiego przyjaciela - robota? - Od mojego byłego partnera. - Z czasów gdy rozwiązał pan ten drobny problem związany z dwoma matematykami na pokładzie statku Przestrzeniowców? - Tak, proszę pani - kiwnął głową Baley. - Widzi pan, jesteśmy dobrze poinformowani. Przez ostatnie dwa lata doktor Han Fastolfe wchodził w skład rządu i był waŜną figurą w ciałach ustawodawczych Aurory, a nawet mówi się o nim jako o przyszłym przewodniczącym. A przewodniczący, jak pan wie, to u nich stanowisko zbliŜone do szefa rządu. - Tak, proszę pani - powiedział Baley, zastanawiając się, kiedy Demachek dojdzie do tej niezwykle delikatnej sprawy, o której wspominał komisarz. Jednak ona się nie spieszyła. - Fastolfe jest… umiarkowany - ciągnęła dalej. - Tak o sobie mówi. UwaŜa, Ŝe sprawy na Aurorze, a takŜe na wszystkich Światach Zaziemskich, zaszły za daleko; pan zapewne jest zdania, iŜ równieŜ zbyt daleko zaszły na Ziemi. Chciałby on trochę ograniczyć zrobotyzowanie, przyspieszyć wymianę pokoleń, związać się i zaprzyjaźnić z Ziemią. Oczywiście, zgadzamy się z nim, ale po cichu. Gdybyśmy zbyt demonstracyjnie okazywali nasze zainteresowanie, wyrządzilibyśmy mu niedźwiedzią przysługę. - Wierzę, iŜ Fastolfe poparłby ziemskie osadnictwo na innych Planetach. - Ja teŜ tak uwaŜam. Jestem przekonana, Ŝe mówił panu o tym. - Tak, proszę pani, kiedy go spotkałem. Demachek złoŜyła dłonie i oparła brodę na czubkach palców. - Czy uwaŜa pan, Ŝe on reprezentuje opinię publiczną Światów Zaziemskich? - Tego nie wiem. - Obawiam się, Ŝe nie. Ci, którzy są z nim, to zwolennicy, a za przeciwników ma zawziętych fanatyków. Tylko zręczność i polityczna i urok osobisty zapewniają mu władzę. Największą słabością Fastolfe’a jest oczywiście sympatia okazywana Ziemi, Ustawicznie wykorzystują to STRONA 19przeciw niemu, zraŜając tych, którzy pod innymi względami podzielają jego poglądy. JeŜeli zostanie pan wysłany na Aurorę, kaŜdy popełniony tam błąd wzmocni nastroje antyziemskie i osłabi pozycję Fastolfe’a - być moŜe ostatecznie. Ziemia po prostu nie moŜe podjąć takiego ryzyka. - Rozumiem - mruknął Baley. - Lecz Fastolfe chce je podjąć. To on spowodował, Ŝe wysłano pana na Solarię, kiedy dopiero dochodził do władzy i był naraŜony na ataki. Jednak wtedy mógł utracić tylko swoje stanowisko, natomiast teraz musimy troszczyć się o los ponad ośmiu miliardów Ziemian. To sprawia, Ŝe obecna sytuacja jest niezwykle delikatna. Urwała i Baley w końcu był zmuszony zadać pytanie: - O jakiej sytuacji pani mówi? - Wygląda na to - odparła Demachek - Ŝe Fastolfe został zamieszany w powaŜny i bezprecedensowy skandal. Jeśli będzie niezręczny, grozi mu śmierć polityczna w ciągu kilku tygodni. Przy nadludzkiej zręczności moŜe przetrwa parę miesięcy. Jednak wcześniej czy później zostanie zniszczony jako siła polityczna na Aurorze. A to, pan rozumie, byłoby prawdziwą katastrofą dla Ziemi. - Czy wolno zapytać, o co jest oskarŜany? Korupcja? Zdrada? - Nic podobnego. Jego osobiste zalety są niepodwaŜalne, nawet przez wrogów. - A zatem zbrodnia z namiętności? Morderstwo? - Niezupełnie morderstwo. - Nie rozumiem. - Na Aurorze Ŝyją ludzie, panie Baley. A takŜe roboty - w większości podobne do naszych, przewaŜnie niewiele nowocześniejsze. Jednak jest tam kilka humanoidalnych robotów, tak podobnych do ludzi, Ŝe nie moŜna ich odróŜnić. - Wiem o tym doskonale - skinął głową. - Zakładam, Ŝe zniszczenie humanoidalnego robota nie jest morderstwem w dosłownym znaczeniu tego słowa. Baley nachylił się ku niej gwałtownie i krzyknął: - Jehoshaphat, kobieto! Skończ z tymi gierkami. Czy chcesz mi powiedzieć, Ŝe doktor Fastolfe zabił R. Daneela? Roth zerwał się na równe nogi i najwyraźniej zamierzał rzucić na Baleya, ale podsekretarz Demachek powstrzymała go machnięciem ręki. Nie była dotknięta słowami wywiadowcy. - W tych okolicznościach wybaczam panu brak szacunku. Nie, R. Daneel nie został zabity. On nie jest jedynym humanoidalnym robotem na Aurorze. Inny taki robot, nie R. Daneel, został zamordowany - w pewnym sensie. Mówiąc dokładnie, jego mózg został całkowicie zniszczony; wprowadzono go w trwały i nieodwracalny roboblok. - I twierdzą, Ŝe zrobił to doktor Fastolfe? - Tak mówią jego wrogowie. Ekstremiści, którzy chcą, aby Galaktykę zamieszkiwali tylko Przestrzeniowcy, a Ziemianie zniknęli ze wszechświata. Jeśli zdołają oni w nadchodzących tygodniach doprowadzić do przyspieszonych wyborów, na pewno przejmą całkowitą kontrolę nad rządem, oczywiście z katastrofalnym skutkiem. - Dlaczego ten roboblok ma takie znaczenie? Nie rozumiem. - Nie jestem pewna - odparła Demachek. - Nie twierdzę, Ŝe rozumiem politykę Aurory. Domyślam się, Ŝe humanoid był w jakiś sposób powiązany z planami ekstremistów i jego zniszczenie rozwścieczyło ich. - Bardzo trudno jest zrozumieć działania tych ludzi i tylko wprowadziłabym pana w błąd, gdybym próbowała je interpretować. STRONA 20Baley z trudem się opanował pod jej spokojnym spojrzeniem. - Po co mnie wezwano? - spytał cicho. - Ze względu na Fastolfe’a. JuŜ raz poleciał pan w kosmos, Ŝeby rozwiązać zagadkę, i powiodło się panu. Fastolfe chce, aby udał się pan na Aurorę i odkrył, kto jest odpowiedzialny za roboblok. UwaŜa, Ŝe to jego jedyna szansa powstrzymania ekstremistów. Nie jestem robotykiem. Nic nie wiem o Aurorze… O Solarii teŜ nic pan nie wiedział, a jednak odniósł sukces. Chodzi o to, Baley, Ŝe my równie gorąco jak Fastolfe pragniemy odkryć, co naprawdę zaszło. Nie chcemy jego klęski, gdyŜ wówczas Ziemia stałaby się obiektem ataków ekstremistycznie nastawionych Przestrzeniowców, zacieklejszych niŜ kiedykolwiek Przedtem. Musimy temu zapobiec. - Nie mogę wziąć na siebie takiej odpowiedzialności. To zadanie graniczy z… - Z niemoŜliwością. Wiemy o tym, ale nie mamy wyboru, i Fastolfe nalega, a obecnie popiera go cały rząd Aurory. Gdyby odmówił pan lub gdybyśmy pana nie puścili, narazilibyśmy się na wściekłość Aurorian. Jeśli poleci pan i odniesie sukces, będziemy ocaleni, a pan zostanie odpowiednio wynagrodzony. - A jeśli polecę i zawiodę? - Zrobimy wszystko, Ŝeby wina spadła na pana, a nie na Ziemię. - Innymi słowy, Ŝeby nie posypały się urzędnicze głowy. - MoŜna to ująć tak: zostanie pan rzucony na poŜarcie wilkom w nadziei, iŜ zostawią w spokoju Ziemię. Jeden człowiek za naszą planetę to niezły interes. - Wygląda na to, Ŝe skoro na pewno poniosę klęskę, równie dobrze mogę nie lecieć. - Dobrze pan wie, Ŝe tak nie jest - powiedziała łagodnie Demachek. - Aurora poprosiła o pana i nie moŜe pan odmówić. A czemu miałby pan odmawiać? Od dwóch lat starał się pan o pozwolenie na lot i denerwował, Ŝe nie otrzymuje zgody. - Chciałem tam polecieć w pokoju, aby uzyskać pomoc w zasiedlaniu nowych światów, a nie… - Nadal moŜe się pan starać o pomoc w urzeczywistnieniu tego marzenia, Baley. ZałóŜmy, Ŝe się panu powiedzie. Istnieje taka moŜliwość. Fastolfe będzie bardzo zobowiązany i moŜe zrobić w tej sprawie znacznie więcej niŜ kiedykolwiek. A i my takŜe będziemy dostatecznie wdzięczni, Ŝeby pomóc. Czy to nie jest warte ryzyka, nawet tak wielkiego? Choć szansę sukcesu są małe, jednak jeŜeli nie pojedzie pan, będą równe zeru. Proszę o tym pomyśleć, ale nie za długo. Baley zacisnął usta i w końcu, pojmując, Ŝe nie ma innego wyjścia, zapytał: - Ile mam czasu do… Demachek przerwała mu w pół słowa: - Chodźmy. Czy nie wyjaśniłam, Ŝe nie ma wyboru ani czasu? Odlatuje pan… - spojrzała na zegarek - …za niecałe sześć godzin. Kosmoport znajdował się na wschodnich przedmieściach Miasta, w niemal całkowicie opuszczonym sektorze, który był juŜ na obszarze Zewnętrza. WraŜenie łagodziło nieco to, Ŝe kasy biletowe i poczekalnie znajdowały się jeszcze w Mieście, a do statku dojeŜdŜało się przez doczepiony rękaw. Zwykle wszystkie odloty miały miejsce w nocy, kiedy ciemności osłabiały efekt otwartej przestrzeni. W porcie nie dostrzegało się zbyt duŜego ruchu, jak na liczebność ziemskiej populacji. Ziemianie bardzo rzadko opuszczali planetę, więc podróŜnymi byli przewaŜnie przedstawiciele biznesu, który reprezentowali Przestrzeniowcy i roboty. Elijah Baley, czekając aŜ statek będzie gotowy na przyjęcie pasaŜerów, juŜ tęsknił za Ziemią. Bentley siedział obok w ponurym milczeniu. W końcu powiedział: - Wcale nie spodziewałem się, Ŝe mama zechce przyjść. STRONA 21Baley kiwnął głową. - Ja teŜ nie. Pamiętam, jak zareagowała, kiedy leciałem na Solarię. Teraz było tak samo. - Zdołałeś ją uspokoić? - Robiłem, co mogłem. UwaŜa, Ŝe na pewno zginę w katastrofie albo Przestrzeniowcy zabiją mnie na Aurorze. - Wróciłeś z Solarii. - Dlatego niechętnie puszcza mnie po raz drugi. Myśli, Ŝe kuszę los. Jednak jakoś sobie poradzi. Teraz twoja kolej, Ben. Bądź przy niej i cokolwiek będziesz robił, nie wspominaj nigdy o zasiedlaniu nowej planety. Właśnie to ją niepokoi. Czuje, Ŝe pewnego dnia ją opuścisz i Ŝe nigdy cię nie zobaczy. - To jest prawdopodobne - odparł Ben. - Być moŜe ty potrafisz pogodzić się z tym, ale ona nie, więc nie dyskutujcie na ten temat podczas mojej nieobecności. Dobrze? - Zgoda. Sądzę, Ŝe ona jest trochę zazdrosna o Gladię. Baley przeszył go wzrokiem. - Czy ty… - Nie powiedziałem ani słowa. Jednak ona teŜ widziała ten film i wie, Ŝe Gladia przebywa na Aurorze. - I co z tego? To duŜa planeta. Czy myślisz, Ŝe Gladia Delmarre powita mnie w kosmoporcie? Jehoshaphat, Ben, czy twoja matka nie rozumie, Ŝe ten kiczowaty film był w dziewięciu dziesiątych fikcją? Ben z widocznym wysiłkiem zmienił temat. - To takie zabawne - powiedział - siedzisz tu bez Ŝadnego bagaŜu. - I tak jest go za duŜo. Mam na sobie ubranie, prawda! Zdejmę ciuchy zaraz po wejściu na pokład. Zabiorą je, potraktują chemikaliami i wystrzelą w kosmos. Potem, kiedy juŜ mnie okadzą, wyczyszczą i wypolerują, na zewnątrz i od środka, dadzą nowe. JuŜ raz przez to przeszedłem. Znów zapadła cisza, którą przerwał Ben: - Wiesz co, tato… - i urwał. Spróbował ponownie: - Wiesz co, tato… - lecz i tym razem nie poszło mu lepiej. Baley spojrzał na niego uwaŜnie. - Co chcesz powiedzieć, Ben? - Tato, czuję się okropnym dupkiem mówiąc to, ale chyba muszę. Nie reprezentujesz typu bohatera. Nawet ja nigdy cię z takiego nie uwaŜałem. Jesteś porządnym facetem i najlepszym ojcem na świecie, ale nie bohaterem. Baley mruknął coś pod nosem. - A jednak - ciągnął Ben - jeśli się zastanowić, to ty wymazałeś Kosmopole z map; ty przeciągnąłeś Aurorę na naszą stronę; to ty zacząłeś ten projekt osadnictwa na nowych planetach. Tato, zrobiłeś dla Ziemi więcej niŜ cały rząd razem wzięty. Dlaczego tak cię nie doceniają? - PoniewaŜ nie jestem typem bohatera i dlatego, Ŝe zaszkodził mi ten głupi film. Przysporzył mi wrogów w Wydziale Policji,, zdenerwował matkę i obdarzył mnie reputacją, jakiej nie mogę i sprostać. Biper na jego przegubie zamigotał i Baley wstał. - Muszę juŜ iść, Ben. - Wiem. Jednak chciałem powiedzieć, tato, Ŝe ja cię podziwiam. A tym razem, kiedy wrócisz, usłyszysz to od wszystkich, nie tylko ode mnie. STRONA 22Baley poczuł, Ŝe się rozkleja. Gwałtownie skinął głową, połoŜył synowi rękę na ramieniu i wymamrotał: - Dzięki. UwaŜaj na siebie i na mamę, kiedy mnie nie będzie. Odszedł i nawet nie odwrócił głowy. Powiedział Benowi, Ŝe leci na Aurorę omówić projekt osadnictwa. Gdyby tak było, mógłby wrócić z sukcesem. A tak… Powrócę w niełasce - pomyślał. - JeŜeli w ogóle to mi się uda. Daneel Baley juŜ po raz trzeci miał lecieć kosmolotem, wiedział więc dobrze, czego ma oczekiwać. PrzeŜyje uczucie odizolowania, poniewaŜ nikogo nie spotka, oprócz (ewentualnie) robota. Zostanie poddany temu całemu medycznemu okadzaniu i wyjaławianiu, przygotowującemu go do spotkania z Przestrzeniowcami, którzy uwaŜali Ziemian za chodzące zbiorniki najrozmaitszych infekcji. Jednak teraz nie zrobi to na nim wraŜenia. I na pewno nie odczuje tak bardzo opuszczenia Miasta. Jest przygotowany na otwartą przestrzeń. Tym razem moŜe nawet poprosi, Ŝeby pokazano mu kosmos - pomyślał odwaŜnie z uczuciem lekkiego ściskania w Ŝołądku. - Czy wygląda on inaczej niŜ na zdjęciach nocnego nieba, zrobionych na obszarach Zewnętrza? Przypomniał sobie, jak pierwszy raz ujrzał kopułę planetarium (rzecz jasna, stojącego bezpiecznie w granicach Miasta). Wiedział wówczas, Ŝe nie znajduje się na otwartej przestrzeni, więc nie odczuwał lęku. Potem jeszcze dwukrotnie - nie, trzykrotnie - był nocą w Zewnętrzu, gdzie przyglądał się prawdziwym gwiazdom na prawdziwym nieboskłonie. Robiły mniejsze wraŜenie niŜ kopuła planetarium. Kiedy jednak powiał chłodny wietrzyk świadczący o tym, Ŝe znajduje się poza Miastem, odczuwał niepokój, choć widok był mniej groźny niŜ za dnia, bowiem ciemność otaczała go grubym murem. Czy obraz, który ujrzy przez iluminator kosmolotu, będzie podobny do tego, co widział w planetarium czy teŜ do nocnego ziemskiego nieba? A moŜe zrobi całkiem inne wraŜenie? Baley skoncentrował się na tych rozwaŜaniach, odsuwając myśli o rozstaniu z Jessie, Benem i Miastem. W przypływie odwagi odmówił jazdy samochodem i uparł się, Ŝe z poczekalni do kosmolotu przejdzie pieszo w towarzystwie robota, który po niego przybył. W końcu to krótki odcinek drogi i do tego dobrze zadaszony. Rękaw był tylko lekko wygięty i obejrzawszy się za siebie, Baley dojrzał stojącego na drugim końcu Bena. Niedbale machnął mu ręką, jakby wsiadał na ekspresstradę do Trenton, a Ben wyrzucił ramiona nad głowę, układając palce obu rąk w staroŜytny znak zwycięstwa. Zwycięstwa? PróŜne nadzieje - pomyślał Baley i starając się odegnać ponure myśli, zaczął się zastanawiać, jak by to było, gdyby razem z innymi pasaŜerami, takŜe źle znoszącymi otwartą przestrzeń, miał odlecieć w biały dzień, kiedy metalowa powłoka statku lśni w słońcu. Jak by przeŜywał to zamknięcie w maleńkim blaszanym świecie, który ma się zaraz oderwać od Ziemi i zatracić w przestrzeni, a po pokonaniu bezkresu nicości znaleźć się w innym… Starał się poruszać miarowym krokiem, zachowując kamienny wyraz twarzy. Jednak idący obok robot zatrzymał go. STRONA 23- Źle się pan czuje, sir? (Nie „panie”, tylko „sir”. To był robot z Aurory.) - Nic mi nie jest, chłopcze - odparł szorstko Baley. - Ruszaj. Nie odrywał oczu od ziemi i nie podniósł ich, dopóki nie podeszli do pojazdu kosmicznego. Statek przysłali Aurorianie! Był tego pewien. Obrysowany ciepłym blaskiem lamp, wznosił swój długi, smukły kadłub - potęŜniejszy od kosmolotów wytwarzanych na Solarii. Baley wszedł do środka i porównanie znów wypadło na korzyść Aurorian. Kabina, którą miał zajmować, była większa niŜ dwa lata temu, bardziej luksusowa i wygodna. Dobrze wiedział, czego oczekiwać, więc bez wahania zdjął z siebie ubranie. (Podejrzewał, Ŝe spalą je w płomieniu plazmowym - Na pewno mu go nie oddadzą, kiedy będzie miał wrócić na Ziemię - o ile w ogóle wróci. Poprzednio nie oddali.) Nie otrzyma Ŝadnej odzieŜy, dopóki nie zostanie starannie wykąpany, ostrzyŜony, zbadany i zaszczepiony. Niemal wyczekiwał tych upokarzających zabiegów. Przynajmniej pozwolą mu zapomnieć o tym, co go czeka. Ledwie poczuł przyspieszenie i nim zdąŜył sobie z tego zdać sprawę, juŜ opuścili Ziemię i znaleźli się w kosmosie. WłoŜywszy wreszcie nowy strój, Baley bez entuzjazmu obejrzał się w lustrze. Materiał był gładki i błyszczący, a przy kaŜdym poruszeniu mienił się róŜnymi kolorami. Nogawki spodni opinały kostki i wchodziły do butów, które same dopasowały się do stóp. Bluza miała długie bufiaste rękawy, a do kołnierza był przypięty kaptur, który mógł w razie potrzeby zakryć głowę. Dłonie osłaniały przezroczyste rękawiczki. Wiedział, Ŝe został tak ubrany nie dla jego wygody, lecz aby zmniejszyć niebezpieczeństwo groŜące Przestrzeniowcom. Baley pomyślał, Ŝe powinien odczuwać nieprzyjemne gorąco i wilgoć. Jednak z wyraźną ulgą stwierdził, Ŝe nawet się nie poci. Zwrócił się więc do robota, który nadal mu towarzyszył. - Chłopcze, czy te ciuchy mają regulowaną temperaturę? - Istotnie, sir. To ubranie na kaŜdą pogodę, bardzo chętnie noszone. A takŜe niezwykle drogie. Niewielu na Aurorze moŜe sobie na nie pozwolić. - Tak? Jehoshaphat! Spojrzał na robota. Wyglądał na prymitywny model i właściwie niewiele róŜnił się od ziemskich, a mimo to przy formułowaniu zdań wykazywał subtelność, jakiej brakowało maszynom Ziemian. Mógł na przykład nieznacznie zmieniać wyraz twarzy. Uśmiechnął się lekko, gdy informował, Ŝe Baley otrzymał coś, na co niewielu Aurorian mogło sobie pozwolić. Materiał, z którego wykonano robota, przypominał metal, a jednak zachowywał się jak tkanina, rozciągająca się przy kaŜdym ruchu i ciesząca oko kontrastowymi kolorami. Krótko mówiąc, jeśli nie przyjrzało mu się dokładnie i z bliska, robot, chociaŜ zdecydowanie niehumanoidalny, wydawał się ubrany. Baley zapytał go: - Jak mam na ciebie mówić, chłopcze? - Jestem Giskard, sir. - R. Giskard? - Jeśli pan chce, sir. - Czy na tym statku jest biblioteka? - Tak, sir. - Czy moŜesz znaleźć mi ksiąŜkofilmy o Aurorze? - Jakiego typu, sir? STRONA 24- O historii, naukach politycznych, geografii - czymkolwiek, co pomoŜe mi zrozumieć mieszkańców. - Tak, sir. - I projektor. - Tak, sir. Gdy robot wyszedł przez podwójne drzwi, Baley uświadomił sobie, Ŝe podczas podróŜy na Solarię nawet nie przyszło mu do głowy, aby wykorzystać czas na nauczenie się czegoś poŜytecznego. W ciągu ostatnich dwóch lat zrobił wyraźne postępy. Pchnął drzwi, którymi przed chwilą wyszedł robot, lecz nie ustąpiły. Zdziwiłby się, gdyby było inaczej. Obejrzał więc pomieszczenie. ZauwaŜył ekran projektora i spróbował go włączyć. Nagle ryknęła muzyka, a kiedy w końcu zdołał ją przyciszyć, słuchał z dezaprobatą. Blaszana i niemelodyjna. Brzmiała tak, jakby instrumenty orkiestry były dziwnie rozstrojone. Potknął innych przełączników i wreszcie ukazał się obraz. Zobaczył mecz piłki noŜnej, grany najwidoczniej w stanie niewaŜkości. Piłka wędrowała po liniach prostych, a gracze - zbyt liczni po obu stronach - z płetwami na plecach, łokciach i ramionach szybowali w powietrzu. Niezwykły widok sprawił, Ŝe Baleyowi zakręciło się w głowie. Kiedy pochylił się, by wyłączyć projektor, usłyszał, Ŝe drzwi się otwierają. Spodziewając się R. Giskarda, z początku zauwaŜył tylko, Ŝe to nie on. Dopiero po chwili pojął, Ŝe widzi humanoidalną postać o szerokiej twarzy z wystającymi kośćmi policzkowymi i krótkich, płowych włosach, ubraną w klasyczny garnitur. - Jehoshaphat! - powiedział Baley zduszonym głosem. - Partnerze Elijahu - odezwał się tamten podchodząc bliŜej z lekkim uśmiechem na powaŜnej twarzy. - Daneel! - krzyknął Baley, obejmując robota i przyciskając go do piersi. - Daneel! Baley trzymał Daneela, jedyny znajomy obiekt na statku i jedyną nić łączącą z przeszłością. Przywarł doń ze wzruszeniem i ulgą. Potem pomału pozbierał myśli i zrozumiał, Ŝe nie trzyma Daneela, tylko R. Daneela - Robota Daneela Olivawa. Tulił go, a ten ściskał swego partnera lekko i pozwalał się obejmować. Sądził, Ŝe ta czynność sprawia przyjemność ludzkiej istocie, więc ją znosił, gdyŜ pozytonowe zasoby mózgu nie pozwalały mu się odsunąć i rozczarować oraz zawstydzić człowieka. NiepodwaŜalne Pierwsze Prawo Robotyki głosi: „Robot nie moŜe zranić Ŝadnej ludzkiej istoty…” - a odrzucenie przyjacielskiego gestu zraniłoby tego człowieka. Powoli, starając się nie zdradzać zmieszania, Baley puścił robota. Na koniec jeszcze lekko ścisnął jego ramiona. - Nie widziałem cię, Daneelu - powiedział - od kiedy przyprowadziłeś na Ziemię ten statek z dwoma matematykami. Pamiętasz? - Oczywiście, partnerze Elijahu. Miło mi cię widzieć. - Odczuwasz coś, prawda? - spytał Baley. - Nie umiem tego określić w kategoriach ludzkich doznań, partnerze Elijahu Jednak mogę rzec, iŜ na twój widok moje myśli biegną szybciej, a siła grawitacji zdaje się w mniejszym stopniu oddziaływać na moje zmysły. WyobraŜam sobie, Ŝe ten stan w przybliŜeniu odpowiada wraŜeniom, które określiłbyś mianem przyjemności. Baley kiwnął głową. STRONA 25- Cokolwiek czujesz na mój widok, partnerze, jeśli jest to lepsze od stanu, w jakim jesteś, kiedy mnie nie widzisz, zupełnie mi odpowiada - nie wiem, czy nadąŜasz za tokiem mojego rozumowania. Skąd się tu wziąłeś? - Giskard Reventlov zameldował, Ŝe zostałeś… - urwał Daneel. - Oczyszczony? - spytał ironicznie Baley. - Zdezynfekowany - rzekł Daneel. - Wtedy uznałem, Ŝe czas się pokazać. - Chyba nie obawiałeś się infekcji? - Oczywiście, Ŝe nie, partnerze Elijahu, ale inni na statku nie chcieliby ze mną przestawać. Mieszkańcy Aurory są wyczuleni na ryzyko zaraŜenia, czasami w stopniu przekraczającym rzeczywiste niebezpieczeństwo. - Rozumiem, ale nie pytałem, dlaczego jesteś tu w tej chwili. Pytałem, dlaczego w ogóle tu jesteś? - Doktor Fastolfe, do którego naleŜę, polecił mi udać się na ten statek z kilku waŜnych powodów. UwaŜał, Ŝe od początku tej niewątpliwie trudnej dla ciebie misji powinieneś mieć przy sobie coś znajomego. - To bardzo uprzejmie z jego strony. Jestem mu wdzięczny. R. Daneel skłonił się nisko. - Doktor Fastolfe sądził równieŜ, Ŝe to spotkanie zrobi na mnie - tu robot zawahał się - odpowiednie wraŜenie. - Sprawi przyjemność, Daneelu. - Jeśli wolno mi uŜyć tego określenia, tak. A trzeci - najwaŜniejszy powód - to… W tym momencie drzwi ponownie otworzyły się i wszedł R. Giskard. Baley na jego widok poczuł nagły przypływ niezadowolenia. Miał przed sobą niezaprzeczalnie maszynę, a jej obecność w jakiś sposób podkreślała charakter Daneela (R. Daneela - nagle pomyślał Baley), mimo iŜ był on znacznie doskonalszą wersją robota. Baley nie chciał takiego zwracania uwagi na robocią naturę Daneela; nie podobało mu się zmieszanie, jakie odczuwał z tego powodu, Ŝe nie potrafi traktować swego partnera inaczej niŜ człowieka, któremu trudno się wysłowić. - Co jest, chłopcze? - rzucił zniecierpliwiony. - Sir, przyniosłem filmoksiąŜki, które chciał pan obejrzeć, i czytnik. - Dobrze, połóŜ je tu. PołóŜ. I moŜesz wyjść. Daneel zostanie ze mną. - Tak, sir. Oczy robota - lekko świecące, zauwaŜył Baley, w odróŜnieniu od oczu Daneela - przelotnie zatrzymały się na R. Daneelu, jakby w oczekiwaniu na polecenia od zwierzchnika, lecz ten rzekł spokojnie: - Uczynisz właściwie, przyjacielu Giskardzie, zostając pod drzwiami na zewnątrz. - Tak zrobię, przyjacielu Daneelu - odrzekł robot. Wyszedł, a Baley zapytał z niechęcią w głosie: - Dlaczego on musi stać pod moimi drzwiami? Czy jestem więźniem? - Z Ŝalem muszę przyznać, Ŝe tak - odparł R. Daneel. - Chodzi o to, iŜ podczas podróŜy nie wolno ci rozmawiać z załogą statku. Jednak powód obecności Giskarda jest inny i dlatego muszę cię poprosić, partnerze Elijahu, Ŝebyś nie mówił „chłopcze” ani do Giskarda, ani do jakiegokolwiek innego robota. Baley zmarszczył brwi. - Czy on nie lubi tego słowa?
Często w różnych kontekstach słyszymy o robotach. O tych najnowszych napiszę niebawem, dzisiaj jednak chciałbym powiedzieć kilka słów o historii tych zadziwiających maszyn. Słowo „robot” zagościło najpierw w literaturze, gdyż na długo przed zbudowaniem pierwszej maszyny godnej tego, by być nazwaną robotem – o tworze tego rodzaju pisał (w 1923 roku) Karel Čapek w dramacie (Rossumovi Univerzální Roboti). Drugim literatem, którego nazwisko związane jest z robotyką, jest Isaac Asimov, którego opowiadanie Runaround z 1942 roku uważane jest także za profetyczną zapowiedź ery robotów. Po literatach robotami zainteresowali się filmowcy, którzy w niezliczonych ekranizacjach wprowadzali różne androidy (czyli roboty człekokształtne) – oczywiście nie troszcząc się zupełnie o to, czy wymyślane przez nich maszyny są technicznie realizowalne, czy też nie. O techniczną realizowalność projektowanego robota zadbał natomiast Leonardo da Vinci, który poza tym, że był genialnym malarzem, architektem, filozofem, muzykiem, pisarzem, odkrywcą, matematykiem, anatomem i geologiem – był także znakomitym mechanikiem i natchnionym wynalazcą. Lista urządzeń technicznych wymyślonych przez Leonarda da Vinci jest zbyt długa, by ją tu przytaczać, natomiast z pewnością trzeba wskazać, że w jego szkicach z 1445 roku odnaleziono projekt mechanicznego rycerza, który mógł się sam poruszać. Nie wiadomo, czy Leonardo da Vinci swojego mechanicznego rycerza zbudował, czy też nie, ale w 2010 roku włoski artysta i mechanik Gabriele Niccolai na podstawie jego szkiców najpierw odtworzył mechanizm napędowy a potem całego robota – i okazało się, że był on zdolny do wykonywania pewnych prostych czynności. Pierwsze praktycznie użyteczne roboty bynajmniej nie przypominały człekokształtnych tworów z filmów science fiction, ani oczywiście robota-rycerza Leonarda da Vinci. Twórcy tych robotów doszli do wniosku, że odtwarzanie w mechanicznym pomocniku pełnej sylwetki człowieka jest niepotrzebne, bo jedynym elementem ludzkiego ciała, który jest potrzebny w przemyśle, jest ręka. Dlatego oglądając w fabrykach czy w laboratoriach naukowych współczesne roboty przemysłowe, niezorientowani obserwatorzy nieraz dziwią się ich wyglądowi. Roboty te bowiem wcale nie przypominają postaci całego człowieka, lecz są bardzo sprawnymi technicznymi odpowiednikami ludzkiej ręki – zresztą bardzo uproszczonej. Te trochę pokraczne, ale bardzo użyteczne roboty zaczęły być stosowane w przemyśle w latach 60. XX wieku. Pierwsza wytwórnia robotów przemysłowych ruszyła już w 1956 roku. Fabryka nazywała się Unimation i wytwarzała roboty o nazwie Unimate według projektu George’a Charlesa Devola, pierwszego człowieka, który opatentował koncepcję robota ( Patent 2,988,237). Fabrykanci, przyszli użytkownicy robotów, początkowo odnieśli się do koncepcji mechanicznej ręki z dużą rezerwą. Pierwszą linię produkcyjną częściowo obsługiwaną przez roboty uruchomiła w 1961 roku firma General Motors w fabryce Inland Fisher Guide Plant w Ewing Township (New Jersey). Roboty doskonale zdały egzamin. W ciągu 10 lat eksploatacji przepracowały 100 000 godzin i udowodniły, że mogą pracować szybko, wydajnie, a także – co jest szczególnie ważne – bardzo precyzyjnie. Dokładność pozycjonowania tych pierwszych robotów wynosiła 1/10 000 cala, co było jedną z przyczyn ich pozytywnej oceny przez użytkowników. Sukces robota Unimate spowodował, że w 1969 roku Victor Scheinman opracował (w Stanford University a potem w MIT) konstrukcję doskonalszego robota o nazwie PUMA. Nazwę tę tłumaczy się na dwa sposoby: Programmable Universal Machine for Assembly, albo Programmable Universal Manipulation Arm. Był to bardzo udany robot, który był produkowany w USA przez Westinghouse Electric, ale także w Europie przez firmę Nokia, znaną bardziej z produkcji telefonów komórkowych. Łącznie wyprodukowano kilka tysięcy robotów PUMA i były one bardzo popularne w różnych gałęziach przemysłu, a niektóre ich egzemplarze pracują do dziś.
zapytał(a) o 16:48 Opowiadanie science fiction, jakies pomysly? musze napisac opowiadanie science fiction na dowolny temat, ale ja nie mam zadnego pomyslu. nie chodzi mi o to zebyscie pisali mi opowiadanie tylko podajcie mi jakis pomysł. prosze pomozcie z gory dzięki :D Odpowiedzi bimbusia odpowiedział(a) o 17:05 Kosmici opanowali ziemie a kolesie z Men In Black gdzieś wyparowali i musisz sobie radzić sam ;] shenaaz odpowiedział(a) o 17:38 wynajmujesz rakietę i lecisz w podróż po naszej galaktyce. Odkrywasz nową planetę, na której istnieje życie. Asymilujesz się z mieszkańcami, przekazujesz im jakieś nowinki techniczne z Ziemi, w zamian za unikalne przedmioty z ich krainy ;) Uważasz, że ktoś się myli? lub
Home Książki Fantasy, science fiction Wielka Księga Science Fiction, Eric Brown, Mark Clifton , Philip K. Dick, Greg Egan, Peter F. Hamilton, Damon Knight, Frank Lillie Pollock, Robert Reed, Kim Stanley Robinson, Robert Sheckley, George C. Wallis, Connie Willis Wydawnictwo: Fabryka Słów Seria: Antologie fantasy, science fiction 432 str. 7 godz. 12 min. Najbardziej intrygujące i zaskakujące utwory fantastyczno-naukowe ostatniego półwiecza. Dobra science fiction nigdy się nie starzeje. Jest cudem ludzkiej wyobraźni spekulującej o Nas i o otaczającym Nas wszechświecie. Jest przestrogą i ostrzeżeniem przed niebezpieczeństwem jakie niesie ze sobą zbyt optymistyczna wiara we własne siły ludzkości. Dobra science fiction to inne światy, obce istoty, historie o robotach, podróżach w czasie, inżynierii genetycznej, utopiach i dystopiach, nierozwiązywalnych zagadnieniach, katastrofach i apokalipsie. Sprawdź jak kontrolować preparat, który daje dostęp do innej rzeczywistości i do innej wersji samego siebie w tej rzeczywistości. Odkryj co jest materialne, a co snem jedynie. Pomyśl, co mogłoby zmienić losy II wojny światowej? A może interesuje Cię sardoniczna ocena innych cywilizacji? Albo koniec świata opisany ponad sto lat temu? Dobra science fiction rzadko bywa tak blisko. Ta jest bliżej niż na wyciągnięcie ręki: Wystarczy otworzyć tę książkę. Zawiera teksty: „Ul-la, ul-la” Eric Brown „Uśmierciny” Peter F. Hamilton „N jak Nieskończoność” Greg Egan „Paradoks” Damon Knight „Praktyka studencka” Connie Willis „W sklepie „Ja”” Robert Reed „Sen o Winlandii” Kim Stanley Robinson „Bilet na Tranai” Robert Sheckley „Drzwi wyjściowe do wewnątrz” Philip K. Dick „Co ja zrobiłem” Mark Clifton „Finis” Frank Lillie Pollock „Ostatnie dni na Ziemi” George C. Wallis Porównywarka z zawsze aktualnymi cenami W naszej porównywarce znajdziesz książki, audiobooki i e-booki, ze wszystkich najpopularniejszych księgarni internetowych i stacjonarnych, zawsze w najlepszej cenie. Wszystkie pozycje zawierają aktualne ceny sprzedaży. Nasze księgarnie partnerskie oferują wygodne formy dostawy takie jak: dostawę do paczkomatu, przesyłkę kurierską lub odebranie przesyłki w wybranym punkcie odbioru. Darmowa dostawa jest możliwa po przekroczeniu odpowiedniej kwoty za zamówienie lub dla stałych klientów i beneficjentów usług premium zgodnie z regulaminem wybranej księgarni. Za zamówienie u naszych partnerów zapłacisz w najwygodniejszej dla Ciebie formie: • online • przelewem • kartą płatniczą • Blikiem • podczas odbioru W zależności od wybranej księgarni możliwa jest także wysyłka za granicę. Ceny widoczne na liście uwzględniają rabaty i promocje dotyczące danego tytułu, dzięki czemu zawsze możesz szybko porównać najkorzystniejszą ofertę. papierowe ebook audiobook wszystkie formaty Sortuj: Książki autora Podobne książki Oceny Średnia ocen 6,3 / 10 67 ocen Twoja ocena 0 / 10 Cytaty Powiązane treści
chrisalfa EBooki Cykle Fantasy i SF Asimov Isaac - 3 Cykle kpl Asimov Isaac - 01. Cykl Roboty pdf Użytkownik chrisalfa wgrał ten materiał 5 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 494 osób, 226 z nich pobrało i opinie (0)Transkrypt ( 25 z dostępnych 116 stron) STRONA 1Isaac Asimow Pozytonowy detektyw THE CAVES OF STEEL Warszawa 1993. Wydanie I STRONA 2HISTORIA CYKLU POWIEŚCI O ROBOTACH Mój pisarski romans z robotami zaczął się dziesiątego maja 1939 roku, ale jako czytelnik science fiction zakochałem się w nich dużo wcześniej. W roku 1939 roboty w literaturze science fiction nie były niczym nowym. Mechaniczne istoty ludzkie spotykamy już w starożytnych i średniowiecznych mitach i legendach, ale słowo „robot" po raz pierwszy pojawiło się w sztuce Karola Ćapka zatytułowanej R. Premiera przedstawienia odbyła się w Czechosłowacji w roku 1921, ale utwór szybko doczekał się tłumaczeń na wiele języków. to skrót od „roboty uniwersalne Rossuma". Rossum, angielski przemysłowiec, produkuje sztuczne istoty ludzkie po to, by zastępowały w pracy człowieka, który teraz, wolny już od wszelkiego przymusu, może oddać się wyłącznie twórczości. W języku czeskim słowo „robot" oznacza „pracę przymusową". Mimo najlepszych intencji Rossuma, wszystko poszło nie tak, jak zaplanował; roboty wszczynają rebelię i niszczą gatunek ludzki. Nie jest zapewne rzeczą zaskakującą, że według pojęć roku 1921 postęp techniczny musi doprowadzić do powszechnej katastrofy. Pamiętajmy, że skończyła się właśnie pierwsza wojna światowa, której czołgi, samoloty i gazy bojowe ukazały ludzkości „ciemną stronę mocy", by użyć określenia z Gwiezdnych wojen. stanowi rozszerzenie ponurej wizji przedstawionej w jeszcze słynniejszym bodaj Frankensteinie, gdzie stworzenie nowego rodzaju sztucznej istoty ludzkiej kończy się katastrofą, choć nie na tak globalną skalę jak w sztuce Ćapka. Za przykładem tych dwóch dzieł literatura lat dwudziestych i trzydziestych nieodmiennie ukazywała roboty jako niebezpieczne urządzenia, niszczące ostatecznie swoich stwórców. Moralne przesłanie tych utworów przypominało raz po raz, że „istnieją rzeczy, po które nie powinien sięgać umysł człowieka". Ja jednak już jako młodzieniec nie mogłem pogodzić się z myślą, że jeśli wiedza stanowi zagrożenie, rozwiązaniem jest ignorancja. Zawsze uważałem, że rozwiązaniem musi być mądrośćNie należy unikać niebezpieczeństwa. Trzeba nauczyć się bezpiecznie nim sterować. Jest to zresztą podstawowe wyzwanie dla człowieka, odkąd pewna grupa naczelnych przekształciła się w ludzi. Każdy postęp techniczny niesie ze sobą zagrożenie. Ogień był niebezpieczny od początku, podobnie jeśli nie bardziej — mowa; jedno i drugie jest groźne do dzisiaj, ale bez nich człowiek nie byłby człowiekiem. Tak czy owak, sam nie wiem dlaczego, opowiadania o robotach, które czytałem, nie satysfakcjonowały mnie; czekałem na coś lepszego. I znalazłem — w grudniu 1938 roku na łamach Astounding Science Fiction. Wydrukowano tam opowiadanie Lestera del Reya zatytułowane Helen OLoy. W utworze tym autor z ogromną sympatią odnosi się do występującej tam postaci robota. Było to chyba dopiero drugie opowiadanie tego pisarza, ale na zawsze już zostałem zagorzałym miłośnikiem del Reya. Proszę, niech nikt mu o tym nie mówi. On nie może się dowiedzieć. Miesiąc później, w styczniu 1939 roku w magazynie Amazing Stories również Eando Binder w opowiadaniu , Robot pokazał nader sympatycznego robota. Utwór ten, choć znacznie odbiegał klasą od poprzedniej historii, znów niebywale mnie poruszył. Czułem niejasno, że i ja pragnę napisać opowiadanie, w którym roboty przedstawione byłyby jako istoty miłe, dobre i przyjazne. I tak oto dziesiątego maja 1939 roku rozpocząłem pracę. Trwało to aż dwa tygodnie; w tamtych latach pisanie opowiadań zajmowało mi sporo czasu. Stworzoną historię zatytułowałem Robbie, a traktowała ona o robocie niańce, który bardzo kochał powierzonego jego opiece chłopca, ale w matce dziecka budził lęk. Fred Pohl liczył sobie wówczas również dziewiętnaście lat i do dnia dzisiejszego ostro ze mną rywalizuje okazał się mądrzejszy ode mnie. Przeczytawszy Robbiego oświadczył, że John Campbell, wszechwładny wydawca Astounding, nie przyjmie tego opowiadania, ponieważ zbyt przypomina ono Helen OLoy. Miał rację. Campbell odrzucił je z tego właśnie powodu. STRONA 3Niemniej, kiedy w jakiś czas potem Fred został wydawcą dwóch nowych magazynów, dwudziestego piątego marca 1940 roku wziął ode mnie Robbiego. Opowiadanie ukazało się drukiem w tym samym roku w numerze wrześniowym czasopisma Super Science Stories pod zmienionym tytułem Strange Playfellow Fred miał okropny zwyczaj zmieniania tytułów — prawie zawsze na gorsze. Opowiadanie to ukazywało się potem wielokrotnie drukiem, ale zawsze już pod oryginalnym tytułem. W tamtych latach jednak sprzedaż opowiadań komuś innemu niż Campbell nie interesowała mnie, więc spróbowałem napisać kolejne dziełko. Najpierw przedyskutowałem pomysł z samym Campbellem. Chciałem mieć pewność, że jeśli nawet odrzuci moje opowiadanie, to zrobi to wyłącznie ze względu na jego niedoskonałość literacką. Napisałem Reason, w którym robot miał — by tak rzec — własną religię. Campbell zakupił ten utwór dwudziestego drugiego listopada 1940 roku i wydrukował go w swoim magazynie w kwietniu 1941 roku. Było to już trzecie opowiadanie, które Campbell ode mnie kupił, a pierwsze, które wziął w takiej formie, w jakiej zostało napisane, nie żądając zmian i poprawek. Fakt ów tak wbił mnie w dumę, że napisałem trzecie opowiadanie o robotach, tym razem o robocie, który potrafił czytać ludzkie myśli. Zatytułowałem je Liar! Campbell również je kupił i opublikował w maju 1941 roku. Tak więc w dwóch kolejnych numerach Astounding miałem dwa swoje opowiadania o robotach. Nie zamierzałem na tym poprzestać. Miałem pomysł na całą serię. Ponadto wymyśliłem coś jeszcze. Dwudziestego trzeciego grudnia 1940 roku, podczas dyskusji z Campbellem o pomyśle czytającego w ludzkich myślach robota, rozmowa zeszła na problem praw rządzących zachowaniem się robotów. Uważałem, że roboty to są urządzenia mechaniczne, które mają w sobie wbudowane systemy zabezpieczające. Zaczęliśmy zastanawiać się, w jakim kształcie słownym można by to wyrazić — i tak narodziły się Trzy Prawa Robotyki. Najpierw dokładnie sformułowałem Trzy Prawa i zacytowałem je dosłownie w moim czwartym opowiadaniu zatytułowanym Runaround. Ukazało się ono drukiem w maju 1942 roku na łamach Astounding, a tekst samych Praw pojawił się na stronie setnej. Specjalnie o to zadbałem, tam bowiem po raz pierwszy w historii świata, o ile się orientuję, padło słowo „robotyka". W latach czterdziestych napisałem dla Astounding cztery dalsze opowiadania: Catch That Rabbit, Escape tutaj Campbell zmienił tytuł na Paradoxical Escape, ponieważ przed dwoma laty opublikował już inne opowiadanie pod tytułem Escape, Eńdence oraz The Evitable Conflict. Ukazały się one kolejno na łamach Astounding w lutym 1944 roku, w sierpniu 1945 roku, we wrześniu 1946 roku i w czerwcu 1950 roku. Od roku 1950 najpoważniejsze wydawnictwa, głównie Doubleday and Company, zaczęły publikować fantastykę naukową w twardej oprawie. W styczniu tego roku Doubleday wydał moją pierwszą książkę, powieść pt. Kamyk na niebie, a ja w pocie czoła pracowałem już nad następną. Fredowi Pohlowi, który przez krótki czas był moim agentem, przyszło do głowy, żebym wydał w jednej książce moje opowiadania o robotach. Doubleday wprawdzie nie było zainteresowane zbiorem opowiadań, ale pomysł podchwyciło żywo niewielkie wydawnictwo Gnomę Press. Ósmego czerwca 1950 roku wręczyłem im maszynopisy opowiadań zebranych pod wspólnym tytułem Mind and Iron. Wydawca pokręcił głową. — Nazwijmy to , Robot — powiedział. — Nie możemy — odparłem. — Przed dziesięciu laty tak właśnie zatytułował swoje opowiadanie Eando Binder. — A kogo to obchodzi? — odparł wydawca przytaczam łagodną wersję tego, co naprawdę powiedział i — dość niechętnie — wyraziłem zgodę na zmianę tytułu sugerowaną przez Gnomę Press. , Robot ukazała się pod sam koniec roku 1950 jako druga książka w moim dorobku pisarskim. Składała się z ośmiu opowiadań o robotach drukowanych przedtem w Astounding, ale ułożonych w innej kolejności, tak że stanowiły pewien logiczny ciąg. Ponadto włączyłem do zbioru moje STRONA 4pierwsze opowiadanie, Robbie, ponieważ — mimo że Campbell je odrzucił — darzyłem je wielkim sentymentem. W latach czterdziestych napisałem wprawdzie jeszcze trzy inne opowieści z cyklu robotów, które Campbell bądź odrzucił, bądź ich w ogóle nie widział, ale nie pasowały one logicznie do innych opowiadań i nie weszły do zbioru , Robot. Utwory te oraz inne opowiadania o robotach, napisane w ciągu dziesięciu lat po książkowym wydaniu , Robot znalazły się w zbiorze The Complete Robot, opublikowanym przez Doubleday w roku 1982. Książka , Robot nie zrobiła furory na rynku księgarskim, niemniej rok po roku sprzedawała się stale, choć powoli. Po pięciu latach wydała ją również brytyjska firma Armed Force, w tańszej twardej oprawie. Zbiór , Robot pojawił się również w wersji niemieckiej moja pierwsza publikacja obcojęzyczna, a w roku 1956 doczekał się nawet paperbacku w New American Library. Jedynym moim zmartwieniem było Gnome Press, które dogorywało i nie przekazywało mi półrocznych rozliczeń, nie mówiąc już o honorariach. Podobnie zresztą miała się rzecz z trzema książkami z cyklu „Fundacja", wydanymi w tej firmie. W roku 1961 Doubleday, widząc, że Gnome Press nie ma szans na przetrwanie, przejęło od nich prawa do , Robot i książek z cyklu „Fundacja". Od tej chwili pozycje te zaczęły funkcjonować o wiele lepiej. , Robot do dzisiaj ma dodruki. A to przecież już trzydzieści trzy lata. W roku 1981 prawa do tej książki zakupili producenci filmowi, ale jak dotąd nie doczekała się ekranizacji. Doczekała się natomiast tłumaczeń; o ile wiem — na osiemnaście języków; w tym na rosyjski i hebrajski. Ale zbyt wyprzedziłem rozwój wydarzeń. Wróćmy do roku 1952, kiedy to , Robot jako publikacja Gnomę Press z trudem przepychała się do przodu, a ja nie miałem realnych widoków na sukces. Wtedy to pojawiły się nowe, najwyższej próby czasopisma z gatunku science fiction, a wraz z nimi przyszedł prawdziwy boom w tej dziedzinie. W roku 1949 zaczyna ukazywać się The Magazine of Fantasy and Science Fiction, a w 1950 — Galaxy Science Fiction. Tym samym John Campbell stracił swój monopol i w ten sposób zakończył się „złoty wiek" lat czterdziestych. Z uczuciem pewnej ulgi zacząłem pisywać dla Horacea Golda, wydawcy Galaxy. Przez ostatnie osiem lat pracowałem wyłącznie dla Campbella i czułem, że zbyt jestem związany z jednym tylko wydawcą. Gdyby mu się coś przytrafiło, w równym stopniu dotknęłoby to mnie. Kiedy więc Gold zaczął kupować moje utwory, bardzo się uspokoiłem. Gold wydrukował w odcinkach moją drugą powieść, Gwiazdy jak pył..., choć zmienił tytuł na Tyrann, który w moim przekonaniu brzmiał okropnie. Ale Gold nie był już jedynym człowiekiem, dla którego pisałem. Jedno opowiadanie o robotach sprzedałem Howardowi Browneowi, który wydawał Amazing w tym krótkim okresie, kiedy pismo starało się utrzymywać wysoki poziom. Utwór ów, zatytułowany Satisfaction Guaranteed, ukazał się w roku 1951 w kwietniowym numerze tego magazynu. Był to wyjątek. W tamtym bowiem okresie nie chciałem już więcej pisać opowiadań o robotach. Zbiór „Robot” stanowił naturalne zakończenie pewnego etapu mojej literackiej kariery. Zająłem się innymi sprawami. Gold, który drukował już w odcinkach jedną moją powieść, koniecznie chciał opublikować następną, zwłaszcza kiedy moją najnowszą powieść „Prądy przestrzeni” wziął do druku w odcinkach Campbell. Dziewiętnastego kwietnia 1952 roku dyskutowałem z Goldem pomysł mojej nowej powieści, która miałaby ukazać się w Galaxy. Wydawca doradzał powieść o robotach, ale ja zdecydowanie odmówiłem. O robotach pisywałem jedynie opowiadania, miałem poważne wątpliwości, czy udałoby mi się sklecić na ten temat sensowną powieść. — Ależ, poradzisz sobie — kusił Gold.— Co myślisz o przeludnionym świecie, w którym pracę ludzi wykonują roboty? — Zbyt przygnębiające — odparłem. — Nie jestem przekonany, czy mam chęć pisać ciężką, socjologiczną powieść. STRONA 5— Więc zrób to po swojemu. Lubisz kryminały. Wymyśl więc morderstwo w tym przeludnionym świecie, wymyśl detektywa, który ma rozwiązać zagadkę, a za partnera daj mu robota. Jeśli detektyw nie podoła zadaniu, zastąpi go robot. To był celny strzał. Campbell mawiał często, że kryminalne opowiadanie science fiction jest sprzecznością samą w sobie; w razie kłopotów detektyw może nieuczciwie wykorzystywać wymyślane na poczekaniu wynalazki techniczne, co stanowiłoby nadużycie wobec czytelnika. Zasiadłem zatem do napisania klasycznego kryminału, który nie byłby takim nadużyciem, a zarazem byłby typowym utworem science fiction. W ten sposób powstała powieść Pozytonowy detektyw. Ukazała się drukiem w trzech kolejnych numerach Galaxy: w październiku, listopadzie i grudniu 1953 roku. W roku następnym wydrukowało ją wydawnictwo Doubleday jako jedenastą moją książkę. Bez wątpienia Pozytonowy detektyw okazał się książką, która po dziś dzień stanowi mój największy sukces. Sprzedawała się lepiej niż jakakolwiek moja wcześniejsza książka, od czytelników napływały niezwykle serdeczne listy, no i co stanowi najlepszy dowód Doubleday uśmiechał się do mnie tak ciepło jak nigdy dotąd. Do tej pory, zanim podpisali ze mną kontrakt, żądali szkiców poszczególnych rozdziałów; teraz wystarczało im już tylko moje zapewnienie, że pracuję nad kolejną książką. Pozytonowy detektyw odniósł sukces tak ogromny, że nieuniknione okazało się napisanie jego drugiej części. Podejrzewam, że gdybym nie zaczął już pisać prac popularnonaukowych, co sprawiało mi nieziemską frajdę, zabrałbym się za powieść natychmiast. Ostatecznie do Nagiego słońca zasiadłem dopiero w październiku 1955 roku. Kiedy jednak już się zmobilizowałem, pisanie szło mi jak z płatka. Utwór stanowił jakby przeciwwagę poprzedniej książki. Akcja Pozytonowego detektywa rozgrywa się na Ziemi, gdzie żyje wiele istot ludzkich i nieliczne roboty. Nagie słońce dzieje się na Solarii, w świecie gdzie jest wiele robotów, a ludzie bardzo nieliczni. Co więcej, choć zasadniczo w swojej twórczości unikałem wątków romansowych, w Nagim słońcu zdecydowałem się taki motyw pomieścić. Byłem bardzo zadowolony z tej powieści i w głębi duszy uważałem ją nawet za lepszą od Pozytonowego detektywa, ale na dobrą sprawę nie wiedziałem, co z nią zrobić. Do Campbella, który zajął się dziwaczną pseudonauką zwaną dianetyką, zainteresował się latającymi talerzami, psioniką i innymi wątpliwej wartości sprawami, trochę się zraziłem. Z drugiej jednak strony zbyt wiele mu zawdzięczałem i dręczyły mnie wyrzuty sumienia, że tak bezceremonialnie związałem się z Goldem, który wydrukował w odcinkach już dwie moje powieści. Ale z narodzinami Nagiego słońca nie miał nic wspólnego, mogłem więc dysponować tą powieścią wedle własnej woli. Zaproponowałem ją zatem Campbellowi, który nie namyślał się ani chwili. Ukazała się w trzech odcinkach Astounding w roku 1956, w numerach październikowym, listopadowym i grudniowym. Campbell tym razem nie próbował już zmieniać tytułu. W roku 1957 powieść ukazała się w Doubleday jako moja dwudziesta książka. Zrobiła taką samą karierę jeśli nie większą jak Pozytonowy detektyw i wydawnictwo Doubleday oświadczyło, że nie mogę na tych dwóch powieściach poprzestać. Powinienem napisać trzecią, tworząc tym samym trylogię, podobnie jak trylogię tworzyły moje wcześniejsze powieści z cyklu „Fundacja". W pełni się z wydawnictwem zgadzałem. Miałem ogólny pomysł fabuły; wymyśliłem nawet tytuł — The Bounds oflnfinity. W lipcu 1958 roku wyjechałem z rodziną na trzy tygodnie nad morze, do Marshfield w stanie Massachusetts, gdzie planowałem napisać dużą część powieści. Akcję umieściłem na Aurorze, gdzie relacja ludzie—roboty nie przechylała się ani na korzyść człowieka, jak w Pozytonowym detektywie, ani na korzyść robota, jak w powieści Nagie słońce. Co więcej, miałem zamiar rozbudować wątek miłosny. Tak to sobie wykombinowałem — ale coś nie wypaliło. W latach pięćdziesiątych coraz bardziej wciągała mnie twórczość popularnonaukowa i dlatego po raz pierwszy w swojej karierze zacząłem tworzyć coś, co pozbawione było iskry bożej. Po napisaniu czterech rozdziałów zniechęciłem się i STRONA 6zarzuciłem pomysł. Zdawałem sobie jasno sprawę, że nie podołam wątkowi romansowemu i nie zdołam stosownie wyważyć relacji człowiek—robot. I tak już zostało. Minęło dwadzieścia pięć lat. Zarówno Pozytonowy detektyw jak i Nagie słońce nieustannie były wznawiane. Obie powieści pojawiły się na rynku razem pod tytułem The Robot Novels; ukazały się również łącznie z niektórymi moimi opowiadaniami w tomie zatytułowanym The Rest of Robots. Poza tym zarówno Pozytonowy detektyw jak i Nagie słońce doczekały się licznych wydań kieszonkowych. Tak więc przez dwadzieścia pięć lat czytelnicy nie stracili z nimi kontaktu i tuszę, że przyniosły im one wiele radości. Mnóstwo osób pisało do mnie domagając się trzeciej powieści o robotach. Na zjazdach pytano mnie o nią wprost. Nigdy jeszcze tak usilnie nie nakłamano mnie do napisania czegokolwiek może z wyjątkiem czwartej powieści z cyklu „Fundacja". Jeśli ktoś pytał mnie, czy zamierzam napisać trzecią powieść o robotach, nieodmiennie odpowiadałem: „Tak, kiedyś zabiorę się za nią, więc módlcie się, żebym żył jak najdłużej". Ja też — nie wiem dlaczego — czułem, że powinienem napisać tę powieść, ale lata mijały, a we mnie rosła pewność, że nie potrafię tego dokonać, i umacniałem się w smutnym przeświadczeniu, że trzecia powieść nigdy się nie narodzi. A jednak w marcu 1983 roku przedstawiłem wydawnictwu Doubleday „długo oczekiwaną" trzecią powieść z cyklu „Roboty". Nosi ona tytuł „Roboty z planety Świtu” i nie ma nic wspólnego z nieszczęsną próbą z 1958 roku. Isaac Asimov Nowy Jork W 1985 roku ukazała się czwarta powieść z cyklu „Roboty" zatytułowana Roboty i Imperium, która stanowi łącznik z cyklem „Fundacja" przyp. wyd. STRONA 71. Rozmowa z dyrektorem Lije Baley ledwo usiadł przy biurku, gdy spostrzegł, że R. Sammy przygląda mu się wyczekująco. — Czego chcesz? — spytał, a rysy twarzy mu zesztywniały. — Szef chce pana widzieć, Lije. I to zaraz, bez zwłoki. — Dobrze. R. Sammy dalej stał nieruchomo. — Powiedziałem, że dobrze — rzekł Baley. — Możesz iść. R. Sammy obrócił się na pięcie i poszedł do swych zajęć. Baley pomyślał z irytacją, dlaczego tych czynności nie można by powierzyć człowiekowi. Zbadał zawartość woreczka z tytoniem i dokonał w myśli obliczeń. Jeśli ograniczy się do dwóch fajek dziennie, wytrzyma do następnego przydziału. Potem wyszedł zza barierki pracował w tym kącie już od dwóch lat i ruszył wzdłuż sali ogólnej. Simpson zahaczył go w przejściu odrywając się od rtęcioteki: — Szef cię wzywał, Lije, — Wiem. Już mi mówił R. Sammy. Z głębi rtęcioteki wysuwała się pokryta szyfrem taśma, podczas gdy sam przyrząd badał i analizował swoją „pamięć" w poszukiwaniu żądanej informacji wśród danych nagromadzonych w postaci drobnych drgań połyskujących warstw rtęci. — Gdybym się nie bał, że złamię sobie nogę — rzekł Simpson — dałbym temu R. Sammyemu porządnego kopniaka. Widziałem się niedawno z Vinceem Barrettem. — Tak? — Chciałby wrócić na swoją posadę czy w ogóle jakąkolwiek posadę w departamencie. Biedak jest w rozpaczy, ale co mu mogłem powiedzieć? R. Sammy zajął jego miejsce, i koniec. Biedak musiał wziąć pracę przy dostawie produktów farm drożdżowych. A porządny chłopak był z niego. Wszyscy go lubili. Baley wzruszył ramionami i tonem bardziej ostrym, niż to zamierzał, odpowiedział: — Wszyscy mamy podobne kłopoty. Szef zajmował osobny gabinet. Na nieprzezroczystej szybie widniał napis: JULIUS ENDERBY. Ładnie to było wygrawerowane. Pod nazwiskiem można było odczytać: Dyrektor Policji Miasta Nowy Jork. — Pan chciał mnie widzieć, panie dyrektorze — zagadnął Baley wchodząc. Enderby spojrzał zza biurka. Nosił okulary, gdyż miał wrażliwe l oczy i nie mógł używać zwykłych kontaktowych soczewek. Toteż trzeba było przyzwyczaić się najpierw do widoku dziwacznych szkieł, aby przyjrzeć się samej twarzy, która nie wyróżniała się niczym. Baley był przekonany, że dyrektor cenił swe okulary ze względu na to właśnie, że nadawały indywidualny wyraz, i powątpiewał w rzeczywistą wrażliwość oczu. Dyrektor sprawiał wrażenie bardzo zdenerwowanego. Poprawił mankiety, oparł się i powiedział z przesadną serdecznością: — Siadaj, Lije, siadaj. Baley usiadł sztywno i czekał. — Jak się miewa Jessie? — spytał Enderby. — A chłopak? — Doskonale — odparł głucho Baley. — A pana rodzina? — Też doskonale — zabrzmiał jak echo Enderby. Początek się nie udał. Coś jest nie w porządku z jego wyglądem — pomyślał Baley, a głośno dodał: — Panie dyrektorze, wolałbym, żeby pan nie przysyłał po mnie R. Sammyego. — Wiesz dobrze, Lije, co o tym wszystkim myślę. Ale przydzielono go tutaj, więc muszę go jakoś zatrudniać. STRONA 8— Ale to bardzo nieprzyjemne. Mówi, że pan mnie wzywa, a potem stoi i nie rusza się z miejsca. Pan wie, o co mi chodzi. Trzeba za każdym razem mu powiedzieć, żeby poszedł, bo inaczej się nie ruszy. — Ach, to moja wina. Dałem mu polecenie, żeby cię wezwał, a zapomniałem dodać, że potem ma wrócić do swojej pracy. Baley westchnął. Sieć drobnych zmarszczek wokół jego bardzo ciemnych oczu uwydatniła się. — W każdym razie chciał pan mnie widzieć. — Tak, Lije — odparł dyrektor — ale to bardzo skomplikowana sprawa. Wstał, odwrócił się i poszedł do ściany za biurkiem. Przycisnął niewidoczny przełącznik i część ściany stała się przezroczysta. Baley zamrugał pod wpływem nieoczekiwanej powodzi szarawego światła. — Kazałem to zainstalować w zeszłym roku — uśmiechnął się dyrektor. — Ale zdaje się, że ci dotąd nie pokazywałem. Chodź tutaj i zobacz. Za dawnych czasów takie urządzenia były we wszystkich pokojach. Nazywało się to okno. Wiedziałeś o tym? Baley wiedział doskonale, gdyż czytał dużo historycznych powieści. — Słyszałem — odpowiedział. — Chodź tutaj. Z pewnym oporem Baley uczynił, co mu kazano. Takie odsłanianie wnętrza pokoju zewnętrznemu światu wydało mu się trochę nieprzyzwoite. Dyrektor lubował się w średniowieczu i czasem w tym przesadzał. To tak jak z jego okularami — pomyślał Baley. — Otóż to! Dlatego w jego wyglądzie jest coś nie w porządku. — Przepraszam bardzo, panie dyrektorze — odezwał się — ale pan ma zdaje się nowe okulary? Dyrektor spojrzał na niego z lekkim zdziwieniem, zdjął okulary, przyjrzał im się, a potem znów przeniósł wzrok na Baleya. Bez okularów jego okrągła twarz zdawała się jeszcze bardziej okrągła, a podbródek nieco bardziej wydatny. Miał także trochę mętny wyraz twarzy, gdyż oczy nie ogniskowały się jak należy. — A tak — odpowiedział. Włożył okulary na nos i dodał z nie tajoną złością: — Poprzednie zbiłem parę dni temu. A byłem tak zajęty, że dopiero dzisiaj sprawiłem sobie nowe. Ach, Lije, te trzy dni były prawdziwym piekłem. — Z powodu okularów? — Tak, ale i innych rzeczy. Właśnie chcę o tym mówić. Zwrócił się do okna, a Baley uczynił to samo. Uderzyło go przykro stwierdzenie, że pada deszcz. Na chwilę zatonął w niezwykłym obrazie wody płynącej z nieba, a dyrektor wyprostował się z dumą, jakby to zjawisko było jego dziełem. — Już trzeci raz w tym miesiącu oglądam deszcz. Ciekawy widok, prawda? Wbrew woli Baley musiał w duchu przyznać, że widok był istotnie imponujący. W ciągu czterdziestu dwóch lat swego życia rzadko kiedy widywał deszcz, podobnie zresztą jak inne zjawiska przyrody. — Zawsze wydaje mi się to strasznym marnotrawstwem — powiedział — żeby tyle wody spadało na miasto. Powinno padać tylko do zbiorników. — Jesteś modernistą, Lije — rzekł dyrektor. — To właśnie twoja wada. W średniowieczu ludzie mieszkali pod otwartym niebem. I to nie tylko na farmach, ale i w miastach. Nawet w Nowym Jorku. Kiedy padał deszcz, nikomu nie przychodziło na myśl, że to marnotrawstwo. Bardzo to lubili. Żyli w ścisłym związku z przyrodą. Było to zdrowsze i lepsze. Niedole współczesnego życia mają swe źródło w oderwaniu się od przyrody. Poczytaj sobie kiedyś o epoce węgla. Baley czytał. Słyszał też wiele narzekań na wynalazek reaktora atomowego. Sam także narzekał, kiedy coś mu się nie udało albo był zmęczony. Taka jest właściwość natury ludzkiej. W epoce węgla ludzie narzekali na wynalazek maszyny parowej. W jednej ze sztuk Szekspira któraś postać narzeka na wynalazek prochu. Za tysiąc lat będą ludzie narzekać na wynalazek mózgu pozy tonowego. STRONA 9Do diabła z tym wszystkim. — Słuchaj, Julius — powiedział z irytacją nie miał zwyczaju spoufalać się z dyrektorem w godzinach biurowych, ale chwila obecna wydała mu się jakaś niezwykła — słuchaj, Julius, mówisz o wszystkim, ale nie o tym, po co mnie wezwałeś. Co się takiego stało? — Zaraz do tego przejdziemy, Lije — odparł dyrektor. — Ale ja już mam takie swoje zwyczaje. Stało się... stało się coś przykrego. — To wiadomo. Co nie jest przykre na tej planecie? Czy masz znowu kłopoty z robotami? — W pewnym sensie tak. Zastanawiam się właśnie, ile jeszcze kłopotów może znieść nasz stary świat. Kiedy zainstalowałem to okno, chciałem nie tylko móc czasem popatrzeć na niebo. Chodziło mi także o Miasto. Patrzę na nie i zastanawiam się, co z nim będzie za dalszych sto lat. Taki sentymentalizm budził wstręt w Baleyu. Ale nie mógł oderwać oczu od widoku, jaki roztaczał się z okna. Nawet zasnute deszczem miasto sprawiało kolosalne wrażenie. Departament Policji mieścił się na jednym z górnych pięter ratusza, a ratusz był wysoki. Z okna dyrektora sąsiednie wieżowce wydawały się niskie i widać było ich szczyty. Drapacze wyglądały jak szereg palców wskazujących w górę. Ich mury były puste i bez wyrazu. Tworzyły zewnętrzne skorupy ludzkich uli. — Żałuję trochę — rzekł dyrektor — że tak się rozpadało. Nie widać Kosmopolu. Baley spojrzał na zachód, ale było tak, jak powiedział dyrektor. Widnokrąg był zamknięty. Wieże Nowego Jorku widniały jak przez mgłę i rozpływały się w białawym tle. — Wiem, jak wygląda Kosmopol — rzekł Baley. — Stąd przedstawia ciekawy obraz — powiedział dyrektor. — Dojrzeć go można w wyrwie między dwoma blokami Brunswicku. Niskie kopuły ciągną się daleko. Na tym polega różnica między nami i Przestrzeniowcami. My lubimy się skupiać i sięgać wysoko. U nich każda rodzina ma kopułę dla siebie. Jeden dom na rodzinę. A między kopułami jeszcze jest przestrzeń. Czy rozmawiałeś kiedy z jakim Przestrzeniowcem, Lije? — Parę razy. Może z miesiąc temu rozmawiałem z jednym przez twój telefonoskop — odparł cierpliwie Baley. — Tak, przypominam sobie. Więc widzisz, trudno o tym nie myśleć filozoficznie. My i oni to dwa różne sposoby życia. Baley odczuwał wyraźne gniecenie w dołku. Im bardziej dyrektor kołował, tym straszliwszy był zapewne koniec. — Oczywiście — rzekł Baley — ale co w tym dziwnego? Nie można rozmieścić na Ziemi ośmiu miliardów ludzi w małych kopułach. A tamci mają tyle przestrzeni w kosmosie, że mogą żyć, jak im się podoba. Dyrektor wrócił do swego fotela i usiadł. Jego oczy, trochę pomniejszone przez wypukłe soczewki okularów, wbiły się w Baleya. — Nie każdy ma tyle tolerancji dla różnicy kultur — powiedział. — Ani u nas, ani wśród Przestrzeniowców. — Dobrze, ale co z tego? — To, że trzy dni temu jeden z Przestrzeniowców umarł. Więc o to chodzi! Kąciki ust Baleya uniosły się trochę w górę, ale nie zmieniło to prawie wyrazu jego długiej i smutnej twarzy. — Bardzo przykre — powiedział. — Pewnie coś zaraźliwego. Jakiś wirus. Czy nie grypa przypadkiem? — O czym ty mówisz? — spytał zdumiony dyrektor. Baley nie miał chęci tłumaczyć. Wiadomo było powszechnie, z jaką dokładnością Przestrzeniowcy wytępili choroby w swoich społeczeństwach. Jeszcze bardziej znana była staranność, z jaką unikali, w miarę możności, wszelkiego kontaktu z cierpiącymi na różne choroby mieszkańcami Ziemi. Ale dyrektor nie dostrzegł wcale ironii. — Tak tylko mówię — odparł Baley. — Więc na co umarł? — Spojrzał znowu przez okno. STRONA 10— Umarł z powodu braku klatki piersiowej — rzekł dyrektor. — Ktoś strzelił do niego z rozsadzacza. Baley poczuł ciarki na plecach. Nie odwracając się spytał: — O czym ty mówisz? — Mówię o morderstwie — rzekł miękko dyrektor. — Jesteś policjantem i wiesz, czym jest morderstwo. Teraz Baley się odwrócił. — Tak, ale żeby Przestrzeniowiec?! Trzy dni temu? — Tak. — A kto to zrobił? I jak? — Przestrzeniowcy mówią, że to zrobił Ziemianin. — Niemożliwe! — Dlaczego? Ty nie lubisz Przestrzeniowców, prawda? Ja też. Kto ich w ogóle lubi? Okazało się, że ktoś ich trochę zanadto nie lubi, i tyle. — Oczywiście, ale... — Mieliśmy pożar w zakładach Los Angeles. Mieliśmy pogrom robotów w Berlinie. Były rozruchy w Szanghaju. — To prawda. — Wszystko to wskazuje na rosnące niezadowolenie. A może i na jakąś organizację. — Dyrektorze — odparł Baley — muszę ci powiedzieć, że nic nie rozumiem. Czy chcesz mnie wypróbować dla jakichś powodów? — Co? — dyrektor był szczerze zdumiony. Baley bacznie mu się przyglądał. — Trzy dni temu zamordowano Przestrzeniowca — rzekł — i oni myślą, że mordercą jest Ziemianin. Jak dotąd — uderzył palcem w biurko — nic nie ujawniono, czy tak? Pozwól sobie powiedzieć, że to nie do wiary. Do licha ciężkiego, gdyby coś takiego stało się naprawdę, to Nowy Jork znikłby z powierzchni Ziemi. — To nie takie proste — rzekł dyrektor kiwając głową. — Posłuchaj, Lije. Zajmuję się tym od trzech dni. Konferowałem z burmistrzem. Byłem w Kosmopolu. Byłem w Waszyngtonie i rozmawiałem z Wszechziemskim Biurem Śledczym. — A! I co oni mówią? — Mówią, że to nasza sprawa. Bo Kosmopol jest w kompetencji Nowego Jorku. — Ale jest także eksterytorialny. — Wiem. Zaraz do tego przejdziemy. Dyrektor opuścił oczy pod twardym spojrzeniem Baleya. Czuł się, jakby go nagle zdegradowano na pomocnika Baleya, a Baley zachowywał się niczym przełożony. — Śledztwo mogą prowadzić Przestrzeniowcy — powiedział Baley. — Nie spiesz się tak, Lije — błagał dyrektor — nie popędzaj mnie. Staram się z tobą mówić jak z przyjacielem. Chcę, żebyś zrozumiał moje położenie. Byłem tam, kiedy nadeszła wiadomość. Miałem akurat wyznaczone spotkanie... Z nim właśnie: z Rojem Nemennuhem Sartonem. — Z denatem? — Tak — stęknął dyrektor. — Pięć minut później i ja sam byłbym odkrył zwłoki. To by dopiero było przejście. Ale i tak sytuacja jest straszna. Wyszli na moje spotkanie i zaraz mi powiedzieli. I potem zaczął się ten trzydniowy koszmar. Na domiar złego widziałem wszystko jak przez mgłę, a nie mogłem znaleźć chwili, by zmienić okulary. No, ale przynajmniej to mi się więcej nie zdarzy: zamówiłem trzy pary. Baley odtworzył sobie w myśli przebieg zdarzenia. Zdawało mu się, że widzi wysokie, jasne postacie Przestrzeniowców, jak zawiadamiają dyrektora o zbrodni w swój beznamiętny i bezbarwny sposób. Julius na pewno zdjął okulary i zaczął je nerwowo przecierać. Z pewnością pod wrażeniem wypadku upuścił je, a potem zbierał potłuczone szczątki z grymasem na pełnych i miękkich ustach. Baley był pewien, że przez dobre pięć minut dyrektor musiał być znacznie bardziej przejęty okularami niż zbrodnią. STRONA 11— Ohydne położenie — mówił dyrektor. — Jak ci powiedziałem, Przestrzeniowcy mają eksterytorialność. Mają prawo sami prowadzić śledztwo i składać, jakie chcą, sprawozdania swoim rządom. A rządy pozaziemskie mogą to wykorzystać i zażądać od nas szalonych odszkodowań. Wyobrażasz sobie, jak by to przyjęła nasza opinia? — Oczywiście. Dla Białego Domu zgoda na wypłatę szkodowania byłaby politycznym samobójstwem. — A samobójstwem mnego rodzaju byłaby odmowa. — Nie musisz mi tego mówić — rzekł Baley. Był małym chłopcem, kiedy błyszczące astrostatki dokonały desantu w Waszyngtonie, Nowym Jorku i Moskwie dla ściągnięcia sum, jakie ich zdaniem im się należały. — Więc sam widzisz. Tak czy owak, sytuacja jest wprost fatalna. Jedynym ratunkiem byłoby znalezienie przez nas samych mordercy i wydanie go Przestrzeniowcom. To właśnie musimy zrobić. — A dlaczego nie robi tego WBS? Nawet jeżeli prawnie rzecz biorąc należy to do naszych kompetencji, wchodzi w grę sprawa stosunków międzygwiezdnych... — WBS nie chce tego tknąć. Sprawa jest paskudna i uparli się nam ją podrzucić. — Uniósł głowę i przenikliwie spojrzał na podwładnego. — Naprawdę paskudna, Lije. Ryzykujemy, że nas wszystkich powyrzucają. — Mieliby nas wszystkich usunąć? — zdziwił się Baley. — Nie mają przecież odpowiednich sił, żeby nas zastąpić. — Owszem, mają roboty — odparł dyrektor. — Co? — R. Sammy to dopiero początek. Jest tylko gońcem. Ale inni mogą patrolować szlaki przyśpieszone. Do licha, zrozum, że znam lepiej Przestrzeniowców niż ty i wiem, do czego zmierzają. Istnieją roboty, które potrafią wykonać i twoją pracę, i moją. Mogą nas zdyskwalifikować. To wcale nie przelewki. A w naszym wieku znaleźć się w rezerwie pracy... — Dobrze już, dobrze — odparł cierpko Baley. Dyrektor zmieszał się: — Bardzo mi przykro, Lije. Baley pokiwał głową i starał się o tym nie myśleć. Dyrektor istotnie wiedział, jak rzeczy stoją. — Jak właściwie wygląda sprawa zastępowania ludzi? — spytał. — Trwa ciągle, odkąd przybyli Przestrzeniowcy, to znaczy od dwudziestu pięciu lat. Nie bądź dzieckiem, Lije, wiesz o tym dobrze. A teraz właśnie zaczęło się to wzmagać. I jeżeli położymy tę sprawę, będzie to bardzo poważny krok w kierunku wyrzucenia nas wszystkich. Z drugiej strony, gdyby rzecz nam się udała, kwestia wymiany ludzi na roboty odsunęłaby się daleko w przyszłość. A dla ciebie to byłaby nawet okazja do awansu. Dlaczego akurat dla mnie? — spytał Baley. — Bo ty będziesz prowadzącym śledztwo. — Nie mam odpowiedniej rangi, dyrektorze. Jestem zwyczajny Cpięć i to wszystko. — A chciałbyś dostać klasę Csześć? Czy chciałby? Baley wiedział, jakie przywileje daje C6: miejsce siedzące w godzinach szczytu na drogach przyśpieszonych, nie zaś tylko od dziesiątej do szesnastej; pierwszeństwo wyboru w kuchni sekcyjnej; a może nawet widoki na lepsze mieszkanie i bilet do solarium dla Jessie. — Pewnie, kto by nie chciał — odrzekł. — Ale co będzie ze mną, jeżeli zawalę sprawę? — Dlaczego masz ją zawalić? — powiedział z pochlebstwem w głosie dyrektor. — Jesteś jednym z najlepszych naszych pracowników. — Ale w samej naszej sekcji będzie blisko dziesiątek ludzi o wyższej klasyfikacji ode mnie. Dlaczego ich pomijać? Baley był przekonany, choć głośno tego me wypowiedział, że dyrektor naruszał przyjęty protokół tylko w zupełnie wyjątkowych przypadkach. — Z dwóch względów — odparł dyrektor rozkładając ręce. — Dla mnie ty nie jesteś tylko detektywem, Lije, ale i przyjacielem. Nigdy nie zapomniałem, że trzymaliśmy razem w szkole. Czasem może wyglądać, ze tego nie pamiętam, ale to tylko wina klasyfikacji. Jestem dyrektorem, STRONA 12więc rozumiesz, że muszę się z tym liczyć. Ale nie przestałem przez to być twoim przyjacielem, a tę sprawę uważam za wspaniałą okazję dla właściwego człowieka. Dlatego chcę, żebyś ją objął. — To jeden powód — rzekł bez entuzjazmu Baley. — Drugi powód to ten, że jesteś, jak sądzę, moim przyjacielem. Muszę cię prosić, żebyś coś dla mnie zrobił. — Co? — Chcę, żebyś za partnera w dochodzeniu obrał sobie Przestrzeniowca. Taki warunek oni postawili. Zgadzają się nie składać raportu o zbrodni. Zgadzają się nam pozostawić prowadzenie śledztwa. W zamian domagają się, by jeden z ich agentów brał w tym udział, we wszystkich etapach dochodzenia. — Wygląda na to, że niezbyt nam ufają. — Musisz ich zrozumieć. Gdyby ze śledztwa nic nie wyszło, wielu Przestrzeniowców miałoby kłopoty ze swoimi rządami. Muszę im wierzyć na słowo, Lije, i przyjąć, że mają najlepszą wolę. — Na pewno mają, dyrektorze. To z nimi największy kłopot. Dyrektor popatrzył z niewyraźną miną i ciągnął dalej: — Więc czy zgadzasz się mieć za partnera Przestrzeniowca, Lije? — Czy specjalnie ci na tym zależy? — Tak. Bardzo cię proszę, żebyś objął to śledztwo z warunkami, jakie postawili Przestrzeniowcy. — Dobrze, wezmę za partnera Przestrzeniowca. — Dziękuję ci, Lije. Ale pamiętaj, że będzie musiał z tobą mieszkać. — Oho, nie tak od razu. — Rozumiem, rozumiem. Ale masz przecież duże mieszkanie. Trzy pokoje i tylko jedno dziecko. Jakoś sobie z tym poradzisz. Nie zrobi ci kłopotu. Najmniejszego kłopotu. A to jest konieczne. — Jessie nie będzie tym zachwycona, znam ją. — Powiedz Jessie — dyrektor wpatrywał się w niego z taką uwagą, że można by myśleć, iż lada chwila wyboruje otwory w szklanych krążkach zasłaniających mu oczy. — Powiedz Jessie, że jeśli zrobisz to dla mnie, postaram się, żebyś przeskoczył o jeden stopień wyżej, do Csiedem. Pomyśl, Lije, Csiedem! — Dobrze, dyrektorze, zrobione. Baley uniósł się na krześle, ale pod spojrzeniem Enderbyego usiadł z powrotem. — Jeszcze coś? Dyrektor kiwnął niechętnie głową. — Jeszcze jedno. — A co takiego? — Nazwisko twojego partnera. — Co za różnica? — Przestrzeniowcy — wycedził dyrektor — mają dosyć dziwne sposoby. Partner, którego wyznaczyli, nie jest... nie jest... — Zaraz, zaraz! — Baley szeroko otworzył oczy. — Musisz się na to zgodzić, Lije. Po prostu musisz. Nie ma innego wyjścia. — I mieszkać ma u mnie? Coś takiego! — Jako znajomy, mój drogi. — Nie. Co to, to nie. — Lije, tobie jednemu mogę w tej sprawie zaufać. Czy mam ci tłumaczyć? Przecież z Przestrzeniowcami musimy dojść do ładu. I musi nam się udać, jeżeli mamy zapobiec nadejściu ekspedycji karnej na Ziemię. Ale stare metody byłyby tu na nic. Będziesz miał za partnera jednego z ich robotów. Jeżeli on Sprawę odkryje, jeżeli doniesie, że jesteśmy po prostu do niczego, będziemy zrujnowani. To znaczy, my jako departament. Rozumiesz to, prawda? Więc, jak sam widzisz, masz w ręku sprawę bardzo delikatną. Musisz z nim pracować, a jednocześnie pilnować, żebyś to ty sprawę odkrył, a nie on. Rozumiesz? — Chcesz powiedzieć, że mam z nim współpracować na sto procent, a w ostatniej chwili podciąć mu gardło? Unieszkodliwić go, w razie potrzeby, nożem? STRONA 13— A co możemy zrobić? Nie ma innej rady. — Doprawdy nie wiem, co powie Jessie — wybąkał Lije Baley. — Mogę z nią pomówić, jeżeli chcesz. — Nie, nie, dyrektorze. Już lepiej nie. — Westchnął głęboko. — A jak się mój partner nazywa? — R. Daneel 01ivaw. — Nie jest to pora, dyrektorze, żeby używać skrótów. Zgodziłem się objąć tę pracę, więc nazwijmy go pełnym imieniem i nazwiskiem: Robot Daneel Olivaw. 2. Tam i z powrotem drogą ekspresową Na szlaku ekspresowym panował normalny tłok: ci, którzy mieli miejsca stojące, tłoczyli się na dolnym poziomie, inni zaś zajmowali miejsca siedzące na górze. Bezustanna ciżba ludzka schodziła ze szlaku poprzez zwolnione pasy na bocznicę albo na nieruchome chodniki prowadzące ponad mostami i między łukami w nieskończonym labiryncie dzielnic Miasta. Inna ciżba, równie gęsta, pchała się w przeciwnym kierunku, na pasy przyśpieszone i szlak ekspresowy. Wszędzie błyszczały te same światła: świetliste ściany i stropy, które zdawały się spływać zimnym, równym żarzeniem. Raz po raz wybuchały wrzaskliwe ogłoszenia. To znów pojawiały się ostre napisy wskazujące, którędy biegnie szlak do Jersey, wyłaniały się strzałki kierujące do przeprawy przez East River lub do górnych poziomów, w stronę dzielnic Long Island. A nad wszystkim górował zwykły ludzki hałas: zgiełk milionów ludzi, którzy rozmawiali, śmieli się, kasłali, nawoływali, nucili, oddychali. Ale żadne drogowskazy nie wiodą do Kosmopolu — pomyślał Baley. Przeskakiwał z pasa na pas z wprawą, jaką daje doświadczenie całego życia. Dzieci uczyły się przeskakiwać pasy razem z nauką chodzenia. Baley prawie nie czuł przyśpieszenia, choć szybkość rosła z każdym jego krokiem. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że bezwiednie pochyla się naprzód dla utrzymania równowagi. W ciągu 30 sekund dotarł do najszybszego pasa — 60 mil na godzinę — a stamtąd mógł już bez trudu dostać się na oszkloną platformę tworzącą szlak ekspresowy. I żadnych strzałek do Kosmopolu — pomyślał. Ale strzałki nie były potrzebne. Jeśli ktoś miał tam interes, znał drogę. Jeśli ktoś nie znał drogi, najwidoczniej nie miał tam żadnego interesu. Kiedy Kosmopol powstał, jakieś 25 lat temu, niemal wszyscy chcieli go zobaczyć. Całe tłumy pędziły tam z Miasta. Przestrzeniowcy szybko z tym skończyli. Uprzejmie zawsze byli uprzejmi, ale bez żadnych ustępstw, z wielkim taktem ustawili zaporę siły między sobą i Miastem. Zorganizowali jakieś połączenie służby imigracyjnej ze strażą celną. Jeśli ktoś miał interes, musiał wykazać swoją tożsamość, dać się przeszukać i poddać się badaniu lekarskiemu oraz zabiegom dezynfekcyjnym. Wywołało to oczywiście niezadowolenie. Większe niezadowolenie, niż było uzasadnione. Niezadowolenie tak wielkie, że zahamowało poważnie program modernizacji. Baley pamiętał rozruchy zaporowe. Sam należał do tłumu, który uwieszony stalowych prętów ekspresowych, zapełniał miejsca siedzące ignorując przywileje rang, pędził wzdłuż pasów ryzykując, że się potłucze i sterczał przez dwa dni tuż poza barierą osłaniającą Kosmopol wykrzykując najrozmaitsze rzeczy i ze zwykłej wściekłości niszcząc własność miejską. Baley mógł sobie jeszcze i dziś przypomnieć ówczesne śpiewki. Pamiętał starą pieśń: „Na Ziemi przyszedł człek na świat, tak, czy nie?" z powtarzającym się ciągle refrenem „Hinkydinkyparlywu". Na Ziemi przyszedł człek na świat — Tak, czy nie? I z Ziemią być mu za pan brat — Tak, czy nie? A ty, Przestrzeniowcu, zwiewaj stąd, Bo nie dla ciebie ziemski ląd. Brudny Przestrzeniowcu, tak — czy nie? STRONA 14Istniały setki tego rodzaju wierszyków. Niektóre były dowcipne, większość głupia, część nieprzyzwoita. Ale każdy kończył się zwrotem „Czy słyszysz, parszywy Przestrzeniowcu?" Parszywy, parszywy. Bezskutecznie rzucano w twarz Przestrzeniowcom najdotkliwsze w przekonaniu tłumu zniewagi. Najboleśniej odczuwano to, że uważali tubylczych mieszkańców Ziemi za obrzydliwie chorych. Przestrzeniowcy, rzecz jasna, nie ruszyli się z miejsca. Nie potrzebowali nawet uruchamiać swej broni. Ziemska przestarzała flota od dawna już przekonała się, że zbliżanie się do zaziemskiego statku grozi wprost samobójstwem. Ziemskie samoloty, które zapędziły się ponad obszar Kosmopolu we wczesnym okresie , jego powstawania, po prostu znikły. Co najwyżej czasem spadło i na Ziemię jakieś potrzaskane skrzydło. I żaden tłum nie był tak obłąkany, aby zapomnieć o działaniu subeterowych rozrywaczy rąk, użytych przeciw ludziom w wojnach zeszłego stulecia. Tak więc Przestrzeniowcy siedzieli za swoją przegrodą, wy, tworem ich przodującej nauki, której naruszyć nie mogły żadne metody znane na Ziemi. Po prostu czekali spokojnie po drugiej stronie, aż tłumy miejskie rozproszą się pod wpływem gazów nasennych i wymiotnych. Przez krótki czas obozy karne, otoczone zagrodami, roiły się później od przywódców tłumu, niezadowolonych i ludzi chwyconych po prostu dlatego, że byli najbliżej. Wkrótce jednak wszystkich wypuszczono. Po upływie odpowiedniego czasu Przestrzeniowcy złagodzili restrykcje. Zaporę usunięto i powierzono policji miejskiej czuwanie nad odosobnieniem Kosmopolu. A co najważniejsze, badania lekarskie były znacznie mniej przykre. Teraz — myślał Baley — wszystko to może znowu się zmienić. Jeśli Przestrzeniowcy naprawdę myśleli, że Ziemianin dostał się do Kosmopolu i popełnił morderstwo, być może znowu wystawią zaporę. Byłoby to niezmiernie przykre. Wśliznął się na peron ekspresowy, przedostał poprzez tłum do wąskiej spirali wiodącej na górny pomost i tam usiadł wygodnie. Swój bilet wolnej jazdy umieścił w kapeluszu, dopiero gdy minęli ostatnią dzielnicę Hudsonu. C5 nie miał prawa do miejsc siedzących na wschód od Hudsonu i na zachód od Long Island i pierwszy lepszy strażnik wyrzuciłby go z pewnością, choć miejsc siedzących było pod dostatkiem. Ludzie stawali się coraz wrażliwsi na przywileje rangi, a mówiąc „ludzie" Baley mimo woli obejmował tym także siebie. Powietrze pomykało z charakterystycznym sykiem uderzając o wygięte szyby umieszczone za każdym siedzeniem. Mówienie było w tych warunkach niezmiernie trudne, ale człowiek przyzwyczajony mógł bez trudu myśleć. Większość ludzi pod tym czy innym względem miała średniowieczne zwyczaje. Było to łatwe, skoro oznaczało cofanie się do chwili, kiedy Ziemia była jedynym światem, nie zaś którymś z pięćdziesięciu. W dodatku jednym z gorszych spośród pięćdziesięciu. Słysząc krzyk kobiety Baley spojrzał w prawo. Upuściła torebkę. Widział ją przez chwilę — różowy, pastelowy przedmiot na szarym tle pasów drogowych. Jakiś pasażer pośpiesznie schodząc z drogi ekspresowej mimo woli przesunął nogą torebkę na wolniejszy pas i teraz właścicielka pędem oddalała się od swej własności. Baley się skrzywił. Mogła bez trudu złapać torebkę, gdyby przyszło jej na myśl przejść na wolniejszy pas i gdyby tamten pasażer nie kopnął torebki w taki sposób. Ale Baley nie miał się nigdy dowiedzieć, co się stało. Cała scena rozgrywała się teraz o dobre pół mili za nim. Prawdopodobieństwo przemawiało za tym, że kobiecie się nie uda. Obliczono, że przeciętnie co trzy minuty jakiś przedmiot gubiono na pasach w obrębie Miasta i nigdy go nie odzyskiwano. Departament Rzeczy Zgubionych robił kokosowe interesy. Była to jeszcze jedna komplikacja współczesnego życia. Dawniej było to prostsze — pomyślał Baley. — Wszystko było prostsze. Dlatego tylu jest zwolenników średniowiecza. Umiłowanie średniowiecza przybierało rozmaite postacie. U pozbawionego wszelkiej wyobraźni Juliusa Enderbyego oznaczało przywiązanie do archaizmów: okulary, okna! Dla Baleya było to studiowanie historii. Zwłaszcza historii obyczajów. STRONA 15Miasto obecne! Nowy Jork, w którym mieszkał. Większy niż jakiekolwiek miasto prócz Los Angeles. Więcej ludności niż gdziekolwiek z wyjątkiem Szanghaju. A Nowy Jork miał przecież tylko trzysta lat. Oczywiście coś kiedyś istniało na tym samym geograficznym obszarze, który zwano obecnie Nowym Jorkiem. Prymitywne to zbiorowisko ludności istniało nie trzysta, ale trzy tysiące lat. Jednakże nie było miastem. Dawniej w ogóle miasta nie istniały. Były tylko jakieś gromady domostw, dużych i małych, na otwartym powietrzu. Trochę przypominały kopuły Przestrzeniowców, tyle że oczywiście były bardzo różne. Dawniejsze gromady największa liczyła zaledwie dziesięć milionów ludności, a większość nie przekraczała miliona były rozrzucone całymi tysiącami po Ziemi. Według dzisiejszych pojęć gospodarczo były one zupełnie bezwartościowe. Przyrost naturalny spowodował na Ziemi konieczność wzmożonej wydajności. Zmniejszając stopniowo poziom życia, można było utrzymać dwa, trzy, a nawet pięć miliardów ludzi. Kiedy jednak liczba mieszkańców dosięgała ośmiu miliardów, stopień wygłodzenia był już doprawdy nieznośny. W kulturze człowieka musiała nastąpić radykalna zmiana, zwłaszcza gdy okazało się, że Światy Zaziemskie dopiero od tysiąca lat skolonizowane przez Ziemię wprowadziły bardzo poważne ograniczenia imigracyjne. Radykalna zmiana polegała na stopniowym tworzeniu się miast w ciągu tysiąca lat historii Ziemi. Wydajność wymagała . wielkości. Nawet w średniowieczu, może nieświadomie, zostało to osiągnięte. Przemysł chałupniczy ustąpił miejsca fabrykom, a fabryki przemysłom kontynentalnym. Cóż znaczy sto tysięcy domków dla stu tysięcy rodzin w porównaniu ze stutysięczną jednostką dzielnicową; zbiór mikrofilmów w każdym domu w porównaniu z sekcyjnym centrum filmowym; niezależny telewizor dla każdej rodziny w zestawieniu z powszechnym systemem wideo. Albo też wyobraźmy sobie szaleństwo niezliczonych kuchni i łazienek, w porównaniu z ogromną wydajnością sal jadalnych 1 prysznicowych, jakie umożliwiła kultura miast. Coraz więcej wymierało wiosek, miasteczek i „miast" Ziemi pochłanianych przez miasta nowego typu. Nawet perspektywy wojny atomowej we wczesnym okresie zwolniły tylko tempo. A po wynalazku pola mocy dążenie to stało się wprost wyścigiem. Kultura miasta oznaczała najlepszy rozdział żywności, zwiększone zużycie drożdży i hydroponików. Miasto Nowy Jork zajęło 2 tysiące mil kwadratowych, a według ostatniego spisu ludności liczyło ponad 30 milionów. Ogółem było na Ziemi około 800 miast o przeciętnym zaludnieniu 10 milionów. Każde miasto stało się jednostką na pół autonomiczną, a gospodarczo nieomal samowystarczalną. Każde z nich miało własny strop, własne ściany i własne podziemia. Każde stało się jakby jedną sklepioną halą, olbrzymią, samowystarczalną konstrukcją ze stali i betonu. Można je było budować naukowo. W samym środku mieścił się olbrzymi zespół biur administracyjnych. Starannie ustawione 28 jeden obok drugiego, a wydzielone z całości, wznosiły się olbrzymie sektory mieszkalne połączone szlakami ekspresowymi oraz lokalnymi. Na krańcach mieściły się fabryki, zakłady hydroponiczne, hodowle drożdży, siłownie. Poprzez to wszystko ciągnęły się rury wodociągowe i kanalizacyjne, przewody energetyczne, promieniście idące szlaki komunikacyjne, wyrastały szkoły, więzienia i sklepy. Nie ulegało kwestii, że Miasto było szczytowym przejawem panowania człowieka nad otoczeniem. Nie podróże kosmiczne, nie pięćdziesiąt skolonizowanych światów, tak wyniośle dziś niezawisłych, ale Miasto. Praktycznie biorąc, nikt na Ziemi nie mieszkał poza miastami. Poza nimi ciągnęły się pustkowia pod gołym niebem, na które niewielu tylko spojrzeć mogło okiem obojętnym. Inna sprawa, że ta otwarta przestrzeń była potrzebna. Zawierała niezbędną człowiekowi wodę, węgiel i drzewo, stanowiące ostateczny surowiec do wyrobu plastików i pożywkę dla wiekuiście rosnących drożdży. Nafty nie było już od dawna, ale zastępowały ją bogate oleje z prasowanych drożdży. Na obszarach STRONA 16między miastami leżały kopalnie. Tereny te w stopniu znacznie większym, niż zdawało się ludziom, wykorzystywano do produkcji żywności i hodowli bydła. Były niewydajne, ale wołowina, wieprzowina i zboże znajdowały zawsze rynek luksusowy i mogły być użyte dla celów eksportowych. Niewielu ludzi potrzeba było do prowadzenia kopalń i hodowlanych gospodarstw, uprawy ziemi i pompowania wody; zresztą czynności te nadzorowano na dystans. Roboty wykonywały pracę lepiej, a wymagania miały o wiele mniejsze. Roboty! Oto co stanowiło największą ironię. Mózg pozytonowy wynaleziono na Ziemi i właśnie na Ziemi po raz pierwszy zastosowano roboty do pracy produktywnej. Nie na Światach Zaziemskich. Inna sprawa, że Światy Zaziemskie zachowywały się zawsze tak, jakby roboty były wytworem ich kultury. Trzeba oczywiście przyznać, że największe zastosowanie ekonomiki robotowej miało miejsce na Światach Zaziemskich. Tu, na Ziemi, roboty zawsze były ograniczone do pracy w kopalniach i przy uprawie roli. Dopiero w ostatnim ćwierćwieczu, pod naciskiem Przestrzeniowców, roboty stopniowo zaczęły dostawać się do miast. Miasta były czymś niewątpliwie dobrym. Wszyscy prócz zwolenników średniowiecza wiedzieli, że nie można było stworzyć żadnej namiastki, żadnej rozsądnej namiastki. Jedyny kłopot polegał na tym, że wartość dodatnia miast nie pozostawała rzeczą niezmienną. Ludność Ziemi bezustannie rosła. I musiał nadejść dzień, kiedy przy wszystkim, co mogły uczynić miasta, liczba kalorii przypadająca na jedną osobę musiała po prostu spaść poniżej niezbędnego poziomu. Sprawę pogarszała jeszcze obecność Przestrzeniowców, potomków dawnych emigrantów z Ziemi, żyjących w luksusie w słabo zaludnionych, a pełnych robotów światach poza Ziemią. Z chłodnym zdecydowaniem chcieli zachować wygody, jakie zapewniała im pustka ich światów, a w tym celu ściśle przestrzegali niskiego przyrostu ludności i bronili wstępu przybyszom z przeludnionej Ziemi. To zaś... Kosmopol już blisko! Jakiś sygnał w podświadomości Baleya ostrzegł go, że zbliża się do sektora Newark. Gdyby nie ruszył się z miejsca, pędziłby na południe do sektora Trenton, przez sam środek ciepłych i pachnących pleśnią terenów drożdżowych. Chodziło teraz o oszczędność czasu. Tak dużo go zabierało dotarcie do rampy i przeciskanie się przez pomrukujący tłum podróżnych, by dostać się na przestrzeń otwartą poprzez pasy zwolnione. Gdy tego wszystkiego dokonał, znalazł się w pobliżu budynków stacyjnych. Żaden z jego kroków nie był świadomy. Gdyby działał świadomie, na pewno niczego by nie osiągnął. Baley był teraz prawie samotny, co było rzeczą niezwykłą. W budynku znajdował się prócz niego tylko policjant. Dochodził tu jedynie szum pośpiesznego szlaku. Poza tym panowała aż nieprzyjemna cisza. Policjant zbliżył się, a Baley niecierpliwie pokazał swoją odznakę. Policjant uniósł rękę na znak wolnego przejścia. Przejście zwężało się i kilka razy skręcało pod ostrym kątem. Było to niewątpliwie celowe. W ten sposób tłumy ludzi nie mogły się tu gromadzić, a bezpośredni atak był niemożliwy. Baley z zadowoleniem myślał o tym, że mają się spotkać z partnerem po tej stronie Kosmopolu. Mimo całej uprzejmości, jaką okazywano obecnie, nie uśmiechała mu się perspektywa badań lekarskich. W miejscu, gdzie seria drzwi oznaczała początek otwartej przestrzeni i kopuł Kosmopolu, stał teraz Przestrzeniowiec. Ubrany był według mody ziemskiej w spodnie obcisłe u pasa 30 i luźne przy kostce; wzdłuż każdej nogawki biegł kolorowy pas. Miał na sobie zwyczajną koszulę tekstronową z otwartym kołnierzem i zamkiem błyskawicznym, zmarszczoną przy przegubach. Był to jednak niewątpliwie Przestrzeniowiec. Było coś w sposobie, w jaki stał i trzymał głowę, w obojętnych, niewzruszonych rysach jego szerokiej twarzy o wystających policzkach, w starannym ułożeniu krótkich, ciemnych włosów, płaskich i uczesanych z przedziałkiem, co różniło go od zwykłego naiwnego człowieka. Baley podszedł sztywno i powiedział monotonnym głosem: STRONA 17— Jestem policjant Elijah Baley, ranga Cpięć, z Departamentu Policji Miasta Nowy Jork. — Pokazał legitymację i ciągnął dalej: — Dostałem polecenie spotkania się z R. Daneelem 01ivawem na drodze wiodącej do Kosmopolu. Przyszedłem trochę za wcześnie — dodał spojrzawszy na zegarek. — Czy mogę prosić o zapowiedzenie mnie? Poczuł lekki chłód. Przywykł w pewnym stopniu do widoku robotów produkcji ziemskiej. Model kosmiczny był jednak inny. Nigdy żadnego nie widział, ale po Ziemi krążyły straszliwe opowieści o potwornych, groźnych robotach wykonujących nadludzkie prace na dalekich, błyszczących Światach Zaziemskich. Nic dziwnego, że szczękał zębami. Przestrzeniowiec wysłuchał go uprzejmie, po czym odparł: — Nie będzie to potrzebne. Właśnie czekałem na pana. Baley odruchowo wyciągnął, a następnie opuścił rękę. To samo stało się z jego podbródkiem. Nie wiedział właściwie, co ma odpowiedzieć. Słowa zamarły mu na ustach. — Chciałbym się przedstawić — rzekł Przestrzeniowiec. — Jestem R. Daneel Olivaw. — Tak? Czyżbym się pomylił? Myślałem, że pierwsza litera... — I słusznie. Jestem robotem. Czy nie powiedziano panu tego? — Owszem, powiedziano mi. — Wilgotną dłonią Baley dotknął włosów i poprawił je całkiem niepotrzebnie, po czym wyciągnął rękę. — Przepraszam pana bardzo, panie Olivaw. Doprawdy nie wiem, co mi przyszło do głowy. Dzień dobry panu. Jestem pańskim partnerem, nazywam się Elijah Baley. — Doskonale. — Dłoń robota ujęła rękę Baleya, lekko wzmacniając, a następnie zwalniając uścisk. — Ale zdaje mi się, że pan jest trochę zakłopotany. Czy mogę prosić, aby pan był ze mną najzupełniej szczery? W stosunkach takich jak nasze dobrze jest mieć możliwie najwięcej czynników korzystnych. I jeszcze jedno. W moim świecie istnieje zwyczaj, że partnerzy mówią do siebie p0 imieniu. Mam nadzieję, że nie jest to przeciwne waszym zwyczajom. — Nie. Ale chodzi o coś zupełnie innego. Chodzi o to, że pan wcale nie wygląda jak robot — szepnął rozpaczliwie Bałey. — I to pana wprawia w zakłopotanie. — Właściwie nie powinno, Da... Daneelu. Czy w twoim świecie wszystkie roboty są podobne do ciebie? — Jakby ci to powiedzieć, Elijah? Istnieją u nas takie mniej więcej różnice, jakie zachodzą pomiędzy ludźmi. — Bo widzisz, nasze roboty... No, krótko mówiąc, u nas bardzo łatwo odróżnić roboty. A ty wyglądasz zupełnie jak Przestrzeniowiec. — Aha, rozumiem. Spodziewałeś się zastać dosyć prymitywny model i dlatego byłeś zdziwiony. A przecież jest rzeczą najzupełniej logiczną, że w wypadku takim jak ten użyto robota o wyraźnie ludzkich cechach, aby uniknąć wszelkich przykrości. Prawda? Była to niewątpliwie prawda. Robot wyglądający jak robot spowodowałby mnóstwo trudności krążąc po Mieście. — Tak — przyznał Baley. — Wobec tego chodźmy, Elijah. Ruszyli z powrotem w kierunku drogi pośpiesznej. R. Daneel z ogromną sprawnością skakał po pasach przyśpieszonych i zręcznie się po nich poruszał. Baley, który z początku powstrzymywał tempo, pod koniec zaczął je gwałtownie przyśpieszać. Robot poruszał się szybko i nie widać było, by mu to sprawiało jakąkolwiek trudność. Baley zastanawiał się, czy R. Daneel z całą świadomością nie porusza się wolniej, niż mógłby. Dotarł do szlaku ekspresowego i z całą bezczelnością wcisnął się między tłum. Robot nadążał za nim bez wysiłku. Baley był cały czerwony. Dwukrotnie przełknął ślinę i rzekł: — Zostanę tutaj z tobą. STRONA 18— Tutaj? — Robot nie zwracając uwagi ani na hałas, ani na rytmiczne poruszanie się pasa ciągnął: — Czyżbym miał złe informacje? O ile wiem, Cpięć pod pewnym warunkiem ma prawo do miejsca na górnej platformie. — Masz rację. Mogę pójść na górę. Ale ty nie. — Dlaczego? — Bo trzeba na to mieć rangę Cpięć. — Wiem. — A ty nie jesteś Cpięć. — Rozmowa była trudna. Syk 32 powietrza na dolnej platformie był bardzo głośny, a Baley ze zrozumiałych względów starał się mówić cicho. Dlaczego ja nie miałbym być Cpięć? — odparł R. Daneel. — Jestem twoim partnerem, czyli mam tę samą rangę. Zresztą otrzymałem to. Z wewnętrznej kieszeni koszuli wydobył zupełnie autentyczną odznakę służbową. Napis na niej brzmiał: „Daneel Olivaw bez przykrej litery z przodu. Ranga C5". — Chodźmy — rzekł Baley drewnianym głosem. Usiadłszy patrzył nieruchomo przed siebie, wściekły i jak najbardziej świadom obecności siedzącego tuż obok robota. Jak dotąd, wkopał się już dwa razy. Po pierwsze nie poznał, że R. Daneel jest robotem. Po wtóre nie odgadł prostej logiki wymagającej, aby R. Daneel miał rangę C5. Rzecz polegała na tym po prostu, że nie był on policjantem z popularnej legendy. Nie miał niewzruszonego wyglądu, nieograniczonych zdolności przystosowywania się, błyskawicznej sprawności umysłowej i łatwo go było zaskoczyć. Wiedział, że w niczym nie przypomina postaci legendarnej, ale jak dotąd nigdy też tego nie żałował. Obecnie żałował przede wszystkim, że sądząc z wszelkich danych, R. Daneel Olivaw był właśnie wcieleniem legendy. Ale musiał nim być. Był przecież robotem. Baley zaczął wynajdywać różne usprawiedliwienia dla siebie. W biurze przyzwyczaił się do widoku robotów, ale takich jak R. Sammy. Oczekiwał istoty o skórze z twardego i gładkiego plastiku, niemal śmiertelnej białości w kolorze. Oczekiwał postaci o rysach wyrażających niezmiennie ten sam dobry humor. Spodziewał się szybkich, troszeczkę niepewnych ruchów. R. Daneel w niczym tego nie przypominał. Baley zaryzykował szybkie, ukradkowe spojrzenie na robota. R. Daneel odwrócił się jednocześnie, by spotkać jego wzrok, i kiwnął z powagą głową. Jego usta poruszały się naturalnie, gdy mówił, i wcale nie były ciągle na pół otwarte jak u ziemskich robotów. Można było nawet dostrzec ruchomy język. Dlaczego siedzi tak spokojnie? — myślał Baley. — Przecież to wszystko jest dla niego zupełną nowością. Zgiełk, tłumy, światła! Baley wstał, otarł się w przejściu o robota i rzekł: — Chodź za mną! Zeszli z pośpiesznego pasa i z pasów zwolnionych. Mój Boże — myślał Baley — co też ja powiem Jessie? Spotkanie z robotem przytłumiło tę myśl, ale teraz z przykrą wyrazistością wydobywała się na wierzch, gdy przeszli na szlak miejscowy wiodący w samo serce sektora Dolnego Bronxu. — To wszystko jest jeden budynek, Daneelu — rzekł. — Wszystko, co tu widzisz, całe Miasto. Mieszka w nim dwadzieścia milionów ludzi. Szlak pośpieszny posuwa się bez przerwy, dniem i nocą, z szybkością sześćdziesięciu mil na godzinę. Łącznie jest dwieście pięćdziesiąt mil szlaków pośpiesznych i setki mil szlaków miejscowych. Za chwilę — pomyślał Baley — będę kombinował, ile ton drożdży zjada Nowy Jork w ciągu dnia, ile wypijamy stóp sześciennych wody i ile megawatów energii dostarczają na godzinę reaktory. — Poinformowano mnie o tym — rzekł R. Daneel — i o wielu podobnych rzeczach w czasie szkolenia. W takim razie — pomyślał Baley — wie wszystko o żywności, napojach i energii. Po co w ogóle mam imponować jakiemuś robotowi? STRONA 19Znajdowali się teraz na Sto Osiemdziesiątej Drugiej ulic: wschodniej i tylko paręset kroków dzieliło ich od rozległych wini obsługujących wielowarstwową żelbetonową budowlę, w która mieszkał Baley. Już miał powiedzieć „tędy", gdy zatrzymał gei tłum ludzi zebranych przed jaskrawo oświetlonym polem mocy stanowiącym wejście do jednego z licznych sklepów znajdujących się na parterze sektora. Odruchowo, tonem władzy zapytał stojącego najbliżej: — Co się tu stało? — Nie mam pojęcia, dopiero co przyszedłem — odparł zagadnięty wspinając się na palce. — Nakryli tu parę tych parszywych robotów! — zawołał ktoś z wielkim przejęciem. — Spodziewam się, że będą ich tędy wyrzucać. Ach, co by to była za przyjemność porozrywać takiego na kawałki! Baley popatrzył nerwowo na R. Daneela. Ten jednak, jeśli nawet zrozumiał znaczenie słów, nie dał tego po sobie poznać. Baley wmieszał się w tłum. — Proszę mnie przepuścić! Przepuścić! Policja! Ludzie się rozstąpili. Za plecami Baley usłyszał jeszcze: — ...na kawałki. Śrubka po śrubce. Rozebrać na drobne części... — Rozległ się wybuch śmiechu. Baleya przeszedł dreszcz. Miasto było szczytem wydajności, ale 34 też stawiało wielkie wymagania mieszkańcom. Narzucało im rygorystyczny tryb życia, ściśle przestrzegany i poddany naukowej kontroli. Nic dziwnego, że mocno tłumione wrzenia wybuchały od czasu do czasu. Przypomniał sobie rozruchy zaporowe. Powody do rozruchów przeciwrobotowych niewątpliwie istniały. Ludzie, którzy po wielu latach pracy stanęli w obliczu deklasyfikacji i połączonego z tym obniżenia poziomu życia, nie byli w nastroju, by przyznać obiektywnie, iż poszczególne roboty nic nie zawiniły. Poszczególne roboty można było przynajmniej potłuc. Natomiast trudno było uderzyć w coś zwanego „polityką rządu" albo też w hasło brzmiące: „Roboty to wydajniejsza produkcja!" Rząd takie objawy nazywał chorobą wzrostu. Potrząsał z ubolewaniem swą zbiorową głową i zapewniał wszystkich, że po upływie niezbędnego okresu przystosowania dla wszystkich nadejdzie nowe i lepsze życie. Lecz równolegle z procesem deklasyfikacji szerzył się ruch nawrotu do średniowiecza. Ludzie popadali w rozpacz, a granica między gorzkim zniechęceniem a dziką chęcią zniszczenia jest nieznaczna i łatwo ją czasem przekroczyć. W chwili obecnej było kwestią minut, czy utajona nienawiść tłumu nie przemieni się w oszalałą orgię krwi i zniszczenia. Baley z wysiłkiem przedostał się do pola mocy tworzącego wejście. 3. Zdarzenie w sklepie z obuwiem W porównaniu z tym, co działo się na ulicy, wnętrze sklepu było prawie puste. Kierownik, z godną pochwały zdolnością przewidywania, wcześnie uruchomił wejściowe pole mocy, uniemożliwiając dostęp potencjalnym sprawcom zamieszek. Zatrzymał także w sklepie głównych uczestników sporu, lecz to było sprawą mniej ważną. Baley przedostał się przez pole mocy używając służbowego neutralizatora. Ku swemu zdziwieniu zobaczył obok siebie R. Daneela. Robot chował do kieszeni własny neutralizator, bardzo zgrabny, mniejszy i lepiej wykonany niż policyjne. Kierownik sklepu podbiegł do nich natychmiast. — Proszę panów — mówił trochę za głośno — subiektów przydzieliło mi Miasto. Jestem najzupełniej w porządku. W głębi sklepu stały rzędem trzy roboty. Sześcioro ludzi zgrupowało się obok wejściowego pola mocy. Były to same kobiety. — Tak, tak — rzekł sucho Baley. — Bardzo dobrze, ale co się tu stało? O co właściwie chodzi? STRONA 20— Przyszłam po trzewiki! — zawołała piskliwie jedna z kobiet. — Dlaczego nie może mnie obsługiwać przyzwoity subiekt? Czy nie należy mi się trochę szacunku? — Jej strój, a zwłaszcza 36 kapelusz, były tak przesadne, że pytanie zabrzmiało retorycznie. Rumieniec złości pokrywający jej twarz przebijał poprzez nadmiar szminki. Mógłbym ją sam obsłużyć, proszę pana — mówił kierownik — ale nie mogę obsługiwać wszystkich. Moim sprzedawcom nfc nie można zarzucić. Są zarejestrowani. Mam pełny wykaz ich kwalifikacji. Są bez... — Kwalifikacji! — krzyknęła kobieta i obracając się do pozostałych zaczęła śmiać się wrzaskliwie. — Patrzcie go! To mają być sprzedawcy? Zwariował! To w ogóle nie są ludzie! To roboty! — Wymawiała z naciskiem poszczególne sylaby. — A może ktoś chce wiedzieć, po co się tutaj wzięli? Po to, żeby ludzi pozbawiać pracy. Dlatego rząd zawsze ich chroni. Nie muszą im płacić pensji! Ale za to całe rodziny muszą przez nich mieszkać w barakach i jeść surową papkę drożdżową! Porządne, ciężko pracujące rodziny. Gdybym ja miała coś do powiedzenia, to rozwalilibyśmy te wszystkie roboty! Wśród publiczności rozległy się niewyraźne pomruki, a spoza wyjściowego pola mocy rozlegał się rosnący gwar tłumu. Baley miał pełną i przykrą świadomość, że R. Daneel 01ivaw stoi tuż koło niego. Przyjrzał się subiektom. Byli produkcji ziemskiej i stanowili okazy dość tanie. Zwykłe roboty sfabrykowane do wykonania kilku prostych czynności. Znały odmiany fasonów, ich ceny i numery. Swoje funkcje mogły wykonywać zapewne lepiej nawet od ludzi, gdyż nie miały żadnych zainteresowań. Potrafiły ułożyć zapotrzebowanie na następny tydzień. Potrafiły też zdjąć miarę z nogi klienta. Same w sobie całkiem nieszkodliwe. Ale jako grupa szalenie niebezpieczne. Baley rozumiał kobietę znacznie lepiej, niż to mógł przypuścić chociażby wczoraj. Ba, nawet godzinę temu. Zdawał sobie sprawę z obecności R. Daneela i zastanawiał się, czy R. Daneel nie mógłby zastąpić skutecznie policjanta rangi C5. W myśli już widział baraki, a w ustach miał smak papki drożdżowej. Pamiętał o swoim ojcu. Ojciec Baleya był fizykiem atomowym, który dzięki swej randze zaliczał się do górnego odsetka ludności Miasta. W siłowni zdarzył się wypadek i ojciec Baleya był za to odpowiedzialny. Został zdeklasyfikowany. Elijah nie znał dobrze szczegółów; zdarzyło się to, kiedy miał wszystkiego rok. Ale pamiętał baraki, gdzie mieszkał jako dziecko, ohydne zbiorowe istnienie na samym skraju wytrzymałości. Matki nie pamiętał wcale, gdyż wkrótce potem umarła. Ojca natomiast przypominał sobie świetnie: był to zgaszony, ponury, wynędzniały człowiek, z rzadka tyłko mówiący o przeszłości złamanym głosem i urywanymi zdaniami. Ojciec umarł, kiedy Lije miał osiem lat. Małego Baleya umieszczono razem z dwiema siostrami w sekcyjnym sierocińcu. Nazywało się to Schronisko Dziecka. Brat matki, wuj Borys, sam był zbyt biedny, aby temu zapobiec. Początki więc były ciężkie. Ciężkie też było przebijanie się poprzez szkołę, gdzie drogi nie ułatwiały żadne przywileje ojcowskie. A teraz Baley znalazł się pośrodku wzbierających rozruchów i miał robić porządek z ludźmi, których jedyną winą było to, że bali się deklasyfikacji dla siebie i swoich bliskich. — Proszę nie wywoływać zbiegowiska — rzekł głucho do kobiety. — Sprzedawcy nie robią pani żadnej krzywdy. — Pewnie, że nie robią! — wykrzyknęła kobieta. — Niechby spróbowali! Jeszcze czego! Żeby ich zimne paluchy miały mnie dotykać? Weszłam tutaj, bo spodziewałam się, że potraktują mnie jak człowieka. Jestem obywatelką. Mam prawo domagać się, żeby obsługiwali mnie ludzie. W dodatku dzieci czekają już na kolację. Nie mogą iść beze mnie do kuchni sektorowej, bo nie są sierotami. Więc muszę stąd wyjść. — No dobrze — powiedział Baley, czując, że coraz bardziej traci równowagę. — Ale jakby pani dała się obsłużyć, już dawno by pani stąd wyszła. Więc po co to całe zamieszanie? STRONA 21— Po co! — krzyknęła z oburzeniem kobieta. — Niech pan nie myśli, że można się do mnie odzywać jak do byle kogo. Pora już chyba, żeby rząd zrozumiał, że na świecie są nie tylko roboty. Jestem ciężko pracującą kobietą i wiem, co mi się należy. — Potok słów płynął nieprzerwanie. Baley miał teraz wrażenie, że znalazł się w potrzasku. Położenie było istotnie trudne. Nawet gdyby kobieta zgodziła się na obsługę robota, wygląd tłumu nie wróżył nic dobrego. Już w tej chwili za oknem wystawowym zebrało się chyba ze sto osób. W ciągu paru minut, odkąd weszli do sklepu, tłum się podwoił. — Jakie przewidziane jest w takich razach postępowanie? — spytał nagle R. Daneel Olivaw. Baleya aż poderwało. — Po pierwsze to nie jest zwykły wypadek — odparł. — A co mówią przepisy? 38 Roboty zostały tu przydzielone w należytym trybie. Są prawidłowo zarejestrowane jako sprzedawcy. Więc wszystko zgadza się z przepisami. Rozmawiali szeptem. Baley starał się nadać sobie wygląd urzędowy i groźny. Wygląd Olivawa jak zwykle był bez wyrazu. — Wobec tego — rzekł R. Daneel — każ tej kobiecie, by dała się obsłużyć albo wyszła. — Mamy do czynienia z tłumem, nie z kobietą — szepnął kątem ust Baley. — Nie ma rady, trzeba wezwać pluton specjalny. — Powinien wystarczyć jeden przedstawiciel prawa, by obywatelom nakazać, co mają robić — odparł R. Daneel. Swoją okrągłą twarz zwrócił do kierownika. — Proszę otworzyć wejście. Baley już chciał chwycić R. Daneela za ramię, ale cofnął rękę. Gdyby w takiej chwili dwaj przedstawiciele prawa wdali się jawnie w spór, oznaczałoby to kres wszelkich możliwości spokojnego załatwienia sprawy. Kierownik zaprotestował milcząco i spojrzał na Baleya. Lecz Baley unikał jego wzroku. — Nakazuję to panu w imieniu prawa — rzekł niewzruszenie R. Daneel. — Ale Miasto — bełkotał kierownik — będzie odpowiadać za wszelkie szkody w towarach i urządzeniu. Zwracam uwagę, że działam tylko z rozkazu. Wejściowe pole mocy opadło; tłum wdarł się do środka. Rozległy się okrzyki zadowolenia. Tłum czuł się zwycięsko. Baley słyszał o podobnych rozruchach. Raz nawet był ich świadkiem. Widział, jak dziesiątki rąk unosiły w górę roboty, jak podawano sobie ich ciężkie, nie stawiające oporu ciała. Ludzie z pasją rzucali się na metalowe namiastki ludzi. Używano młotków, noży, pistoletów igłowych. Nieszczęsne metalowe ofiary zmieniały się w końcu w szczątki cewek i kawałki drutu. Bezcenne mózgi pozytonowe, wspaniałe dzieła ludzkiego umysłu, przerzucano sobie z rąk do rąk jak piłki; w mgnieniu oka stały się bezużyteczną masą. Wreszcie, skoro już duch zniszczenia rozpętał się na dobre, tłum zaczął niszczyć wszystko, co tylko znalazło się w jego zasięgu. Roboty w sklepie z obuwiem nie miały o tym, rzecz jasna, pojęcia. Ale gdy tłum runął naprzód, pisnęły i zasłoniły twarze ramionami niczym w jakimś pierwotnym, ogromnym wysiłku. Kobieta, od której wszystko się zaczęło, przerażona widokiem tego, co się dzieje, rozwarła w przerażeniu usta. — Dlaczego... Ale w tej samej chwili wciśnięto jej kapelusz na twarz, a jej głos zmienił się w pozbawiony wszelkiego sensu wrzask. — Panie sierżancie! — piszczał kierownik. — Proszę ich zatrzymać! Zatrzymać! W tym momencie przemówił R. Daneel. Choć nie znać było żadnego wysiłku, głos jego stał się nagle wyrazistszy niż ludzki. Oczywiście — pomyślał Baley po raz dziesiąty — przecież ni jest... — Ktokolwiek zrobi choć krok — rzekł R. Daneel — będzi zastrzelony. — Brać go! — zawołał ktoś z tyłu. Ale nikt się nie ruszył. STRONA 22R. Daneel wszedł spokojnie na krzesło, a stamtąd na szczyt gabloty. Kolorowe blaski, płynące z otworów pod stropem, nadawały jego zimnej i gładkiej twarzy jakiś nieziemski wygląd. Nieziemski — pomyślał Baley. R. Daneel odczekał chwilę. Całość obrazu była istotnie przejmująca. — Mówicie sobie — rzekł sucho R. Daneel — „ten człowiek trzyma w ręku neuronowy bat czy też pałkę. Jeśli rzucimy się wszyscy razem, pokonamy go i w najgorszym wypadku ktoś tam trochę ucierpi, a potem się wyleczy. Za to będziemy mogli robić, co się nam żywnie podoba, i niech licho porwie prawo i przepisy." Głos jego nie był ostry ani zły, a jednak imponował. Brzmiał jakąś ogromną pewnością siebie. — Mylicie się — ciągnął. — To, co trzymam w ręku, nie jest ani neuronowym batem, ani pałką, ale śmiercionośnym rozsadzaczem. A możecie być pewni, że zrobię z niego użytek i że nie będę celował nad waszymi głowami. Nim zdołacie mnie chwycić, zabiję was wielu, być może wszystkich. Mówię to z całą powagą i chyba tak wyglądam? Ktoś z brzegu poruszył się, ale ludzi już nie przybywało. Zjawiali się ciekawscy, inni pośpiesznie się wycofywali. Stojący najbliżej R. Daneela wstrzymywali oddech, byle tylko nie dać się wypchnąć naprzód gromadzie napierającej z tyłu. Nagle rozległ się gwałtowny szloch kobiety w dziwacznym kapeluszu. — Ja nic nie jestem winna! Dajcie mi wyjść! On nas pozabija! Zwróciła się w stronę wyjścia, ale przed nią stał zwarty mur ludzi. Padła na kolana, a milczący tłum powoli zaczął się cofać. 40 R. Daneel zeskoczył z gabloty i rzekł: — Idę teraz do wyjścia. Zabiję każdego, kto mnie dotknie. Zabiję wszystkich, którzy nie opuszczą sklepu. Ta kobieta... — Nie, nie! — wrzasnęła kobieta w kapeluszu. — Mówię panu, że nic nie jestem winna! Nie chcę tych butów! Chcę tylko iść do domu. — Ta kobieta — ciągnął Daneel — zostanie i będzie obsłużona. Ruszył powoli naprzód. Tłum znieruchomiał. Baley zamknął oczy. To nie moja wina — myślał z rozpaczą. — Zaraz zacznie się rzeź. Ale kto mi narzucił robota jako partnera? Kto nadał mu taką samą rangę jak moja? Mimo to sam nie wierzył tym usprawiedliwieniom. Mógł przecież powstrzymać R. Daneela na samym początku. Mógł w każdej chwili wezwać pluton specjalny. Tymczasem pozwolił R. Daneelowi przejąć odpowiedzialność i uczynił to z tchórzliwym uczuciem ulgi. A kiedy pomyślał, że R. Daneel panuje nad sytuacją, wypełniła go pogarda dla samego siebie. Robot panujący nad sytuacją... Nie słyszał żadnych szczególnych hałasów, nie słyszał krzyków, przekleństw czy jęków. Otworzył oczy. Tłum się rozchodził. Kierownik, już spokojniejszy, wygładzał pogniecione ubranie, porządkował zmierzwione włosy i pomrukiwał ze złością w stronę znikającego tłumu. Na zewnątrz rozległ się zgrzyt zatrzymującego się wozu policyjnego. Oczywiście — pomyślał Baley — kiedy jest już po wszystkim. Kierownik strząsał jakiś pyłek z rękawa. — Chyba już nie będzie żadnych dalszych przykrości? — spytał. — Nie będzie — odparł Baley. Bez trudu spławił wóz policyjny. Zjawili się wskutek alarmu spowodowanego przez kogoś z tłumu. Nie znali szczegółów zajścia, a sami widzieli, że na ulicy panuje spokój. R. Daneel odszedł na bok i bez jakiegokolwiek zaciekawienia patrzył na rozmowę Baleya z policjantami. Baley zaś tłumaczył, że zajście było bez większego znaczenia i całkowicie pominął rolę R. Daneela. Gdy wóz odjechał, pociągnął R. Daneela na bok. Stanęli pod murem jednego ze skrzydeł gmachu. STRONA 23— Nie myśl — powiedział — że chcę ciebie wykiwać. — Wykiwać? To taki wasz zwrot? — Bo nie powiedziałem o twoim udziale w zajściu. — Nie znam waszych zwyczajów. U nas zwykle podaje się pełny raport; ale u was może jest inaczej. W każdym razie uniknęło się rozruchów, a to jest chyba najważniejsze, prawda? — Może. Ale mnie chodzi o coś innego. — Baley mówił szeptem, starając się nadać mu jak najwięcej siły. — Żebyś mi tego nigdy więcej nie robił. — Nigdy więcej mam nie wymagać przestrzegania prawa? W takim razie po co w ogóle jestem? — Nigdy więcej nie celuj z rozsadzacza w ludzi. — I tak bym nie strzelił. Przecież wiesz dobrze, że jestem! niezdolny skrzywdzić człowieka. Ale, jak sam widziałeś, nie musiałem strzelać. I wcale nie spodziewałem się, że będę musiał. — To był czysty przypadek. Nigdy tego więcej nie próbuj. Mógłbym odstawić taki sam numer jak ty... — Odstawić numer? Co to znaczy? — Mniejsza z tym. Chodzi o sens, nie o słowa. Chodzi o to, że ja też mógłbym wycelować rozsadzacz w tłum. Miałem go przy sobie. Ale takiego ryzyka nie wolno nam podejmować. Było znacznie lepiej wezwać pluton specjalny, niż bawić się w bohaterstwo. R. Daneel zamyśli! się i pokręcił przecząco głową. — Chyba mylisz się, partnerze. W czasie szkolenia o cechach ludzi na Ziemi uczono nas, że w przeciwieństwie do mieszkańców Światów Zaziemskich, przywykli od urodzenia uznawać autorytet władzy. Wynika to zapewne z waszego sposobu życia. Jeden człowiek mówiący dość stanowczo i autorytatywnie całkowicie wystarczy, jak zresztą się okazało. Twoje pragnienie, by sprowadzić pluton specjalny, było w gruncie rzeczy tylko wyrazem chęci, żeby wyższa władza przejęła od ciebie odpowiedzialność. Przyznaję zresztą, że w moim własnym świecie to, co zrobiłem, byłoby niedopuszczalne. Długa twarz Baleya poczerwieniała ze złości. — Gdyby poznali, że jesteś robotem... — Byłem pewien, że nie poznają. — W każdym razie pamiętaj, że jesteś tylko robotem i niczym więcej! Takim samym jak ci sprzedawcy w sklepie z obuwiem. — Ależ to oczywiste. — I nie jesteś człowiekiem. — Baley wbrew własnej woli czuł, że musi się znęcać. 42 R. Daneel zamyślił się nad ostatnim zdaniem. — Różnica między człowiekiem i robotem — powiedział — nie jest może tak ważna jak między inteligencją i jej brakiem. — Może w twoim świecie — odparł Baley — ale nie na Ziemi. Spojrzał na zegarek i teraz dopiero zauważył, że jest już spóźniony blisko półtorej godziny. Czuł suchość w ustach i gnębiła go myśl, że R. Daneel wygrał pierwszą rundę. Wygrał ją, gdy on, Baley, stał bezczynnie na boku. Pomyślał o młodym chłopcu nazwiskiem Vince Barrett, którego zastąpił R. Sammy. Pomyślał o sobie, Elijahu Baleyu, którego R. Daneel mógłby z łatwością zastąpić. Do licha! Ojciec przynajmniej wiedział, że stracił posadę z powodu wypadku, który pociągnął za sobą szkody i śmierć kilku ludzi. Może nawet był winien — tego Baley nie wiedział. Ale wyobraził sobie, że usunięto go tylko po to, by zrobić miejsce dla fizyka mechanicznego. I nic nie mógłby na to poradzić! — Chodźmy — rzekł oschle. — Mam cię zabrać do domu. — Zrozum — powiedział R. Daneel — że nie jest rzeczą właściwą wprowadzać różnice o mniejszym znaczeniu niż stopień inteli... — Dobrze już — Baley podniósł głos. — Temat jest wyczerpany. A Jessie czeka na nas. — Podszedł do najbliższego sektorofonu. — Lepiej dam jej znać, że jesteśmy już w drodze. — Jessie? STRONA 24— Tak, to moja żona. Do licha — pomyślał Baley — akurat jestem w nastroju do rozmowy z Jessie. 4. Prezentacja rodziny Właściwie Baley zwrócił na nią uwagę przede wszystkim z powodu imienia. Spotkał Jessie na sektorowym przyjęciu świątecznym w roku ..02. Właśnie skończył szkołę, dostał pierwszą posadę i dopiero co wprowadził się do sektora. Mieszkał w jednej z kawalerek przylegających do sali zbiorowej 122A. Jak na kawalerkę była wcale niezła. Dziewczyna rozlewała poncz. — Nazywam się Jessie — powiedziała — Jessie Navodna. A ciebie jeszcze nie znam. — Baley — odparł — Lije Baley. Dopiero co sprowadziłem się do sektora. Przyjął szklaneczkę ponczu i uśmiechnął się machinalnie. Zrobiła na nim wrażenie osoby przyjaznej i miłej, więc został w jej pobliżu. Był tu nowicjuszem, a wiadomo, jakie to przykre uczucie znaleźć się na przyjęciu, kiedy wszyscy dokoła tworzą różne grupki, a samemu do żadnej się nie należy. Może później, kiedy sobie podpije, będzie się czuł lepiej. Na razie tkwił w pobliżu wazy z ponczem, popijał małymi łyczkami i patrzył na wciąż zmieniających się ludzi. — Pomagałam robić ten poncz — odezwał się tuż obok głos 44 I dziewczyny — więc mogę ręczyć za niego. Chcesz jeszcze szklaneczkę? Baley teraz dopiero zdał sobie sprawę, że trzyma pustą szklankę. Uśmiechnął się i powiedział: — Proszę. Dziewczyna miała owalną twarz i nie była specjalnie ładna, może z powodu trochę zbyt wydatnego nosa. Miała na sobie jakąś sztywną suknię, a kasztanowate włosy zwinięte były nad czołem w drobne loczki. Następną szklaneczkę wypiła z nim razem, co poprawiło jego samopoczucie. — Jessie — powiedział smakując jej imię w ustach. — To ładnie. Chyba nie masz nic przeciw temu, żebym cię tak nazywał? — Oczywiście. Jeżeli tylko chcesz. A wiesz, z czego to skrót? — Jessica? — Nigdy nie zgadniesz. — Nic innego nie przychodzi mi na myśl. Roześmiała się i powiedziała nieco przesadnym tonem: — Moje właściwe imię brzmi Jezebel. W tym momencie zainteresował się naprawdę. Odstawił szklaneczkę z ponczem i zapytał z przejęciem: — Rzeczywiście? — Zupełnie serio. Naprawdę się tak nazywam. Jezebel. Tak jest we wszystkich moich papierach. Rodzicom bardzo się podobało to imię. Sama była też wyraźnie z tego dumna, choć nigdy bodaj na świecie nie było osoby mniej pasującej do biblijnego imienia. — A ja nazywam się Elijah — rzekł z powagą Baley. — Chyba ci mówiłem? — Nie bardzo to zrozumiałam. — Elijah był największym wrogiem Jezebel — wyjaśnił. — Tak? — Z całą pewnością. Oczywiście w Biblii. — Aha! Nie wiedziałam o tym. Czy to nie zabawne? Spodziewam się, że ty nie musisz być przez to moim wrogiem. Od początku było rzeczą jasną, że nie ma o tym mowy. W pierwszej chwili zainteresował się nią tylko ze względu na ten dziwny zbieg imion. Ale później doszedł do wniosku, że Jessie jest miłą, a nawet ładną dziewczyną, o dobrym sercu. Szczególnie podobało mu się, że jest taka pogodna. Jego własny, sarkastyczny stosunek do życia wymagał przeciwwagi. Ale Jessie nigdy zdaje się nie przywiązywała znaczenia do posępnego wyglądu jego długiej twarzy. STRONA 25— Wielkie rzeczy! — mówiła. — Wyglądasz naprawdę jak bardzo kwaśna cytryna. Ale wiem, że w rzeczywistości wcale taki nie jesteś. Zresztą, gdybyś zawsze był uśmiechnięty jak ja, to w końcu nie moglibyśmy ze sobą wytrzymać. Bądź już taki, jaki jesteś, a ja też będę sobą. Jessie zawsze umiała powstrzymać Baleya od jakiegoś rozpaczliwego kroku. Wniósł prośbę o dwuosobowe mieszkanie i otrzymał warunkowy przydział z zastrzeżeniem zawarcia małżeństwa. Pokazał to Jessie i dodał: — Jeżeli się zgodzisz, to będę mógł wynieść się z mojej kawalerki. Bardzo mi tam niewygodnie. Nie były to może najbardziej romantyczne oświadczyny w świecie, ale Jessie się zgodziła. Baley pamiętał tylko jeden wypadek, kiedy zwykła pogoda opuściła Jessie; wiązało się to z jej imieniem. Zdarzenie nastąpiło w pierwszym roku po ślubie, gdy ich dziecko jeszcze nie przyszło na świat. Ściśle mówiąc, było to w tym właśnie miesiącu, kied Bentley został poczęty na podstawie wskaźnika inteligencji, karty cech wrodzonych i stanowiska Baleya w Departamencie Policji mieli prawo do dwojga dzieci, z których pierwsze mogło być poczęte w ciągu roku po ślubie. Zastanawiając się później nad tym, Baley doszedł do wniosku, że chwilowa nierówność usposobienia Jessie wiązała się z jej stanem. Jessie zaczęła coraz częściej narzekać, gdyż Baley wciąż podejmował się prac w godzinach pozabiurowych. — To bardzo nieprzyjemne — mówiła — że zawsze muszę jeść obiad sama. Baley był zmęczony i zirytowany. — A dlaczego masz siedzieć sama? — odparł. — Przecież w kuchni zbiorowej zawsze można dobrać sobie jakieś towarzystwo. Jessie wybuchnęła z miejsca. — Czy ty myślisz, że ja już nie mogę się nikomu podobać? Przypuszczalnie sprawiło to jego zmęczenie. Może awans kolegi szkolnego, Juliusa Enderbyego, który posuwał się szybko na46 przód, gdy Baley tkwił w tej samej randze. A może po prostu zirytował go nieco fakt, że Jessie przybiera tony swojej biblijnej imienniczki, choć w rzeczywistości nigdy do niej nie będzie podobna. Dość że odezwał się w sposób zjadliwy: — Myślę, że mogłabyś, ale wątpię, czy będziesz próbowała. Chciałbym, żebyś raz wreszcie zapomniała o swoim imieniu i była po prostu sobą. — Będę tym, czym zechcę. — Odstawianie biblijnej Jezebel do niczego nie prowadzi. A w ogóle czas, żebyś się dowiedziała, że twoje imię oznacza zupełnie co innego, niż ci się zdaje. Biblijna Jezebel była wierną i dobrą żoną. Nie miała żadnych kochanków, nie urządzała orgii i w ogóle zachowywała się bardzo przyzwoicie. Jessie patrzyła na niego ze złością. — To nieprawda. Mówi się przecież „wymalowana niczym Jezebel". Wiem dobrze, co to znaczy. — Tak ci się tylko zdaje. Po śmierci króla Ahaba, męża Jezebel, królem został jego syn, Jehoram. Jeden z dowódców, Jehu, zbuntował się i zamordował go. Potem pojechał do pałacu, gdzie mieszkała królowamatka, Jezebel. Królowa usłyszała, że Jehu nadjeżdża, i domyśliła się, że z pewnością chce i ją zabić. Ponieważ była dumna i odważna, umalowała twarz, ubrała się w najpiękniejszy strój i tak wyszła na spotkanie buntownika. Jehu kazał ją zabić i zrzucić z okna, ale przyjęła śmierć w sposób godny królowej. Dlatego tylko mówi się „wymalowana niczym Jezebel", choć mało kto wie, co te słowa znaczą. Następnego wieczoru Jessie odezwała się potulnym głosem: — Czytałam dzisiaj Biblię. — Co? — przez chwilę Baley nie mógł zrozumieć, o co jej chodzi. — Czytałam historię Jezebel. — Ach, Jessie, strasznie mi przykro, jeśli cię dotknąłem. To było zupełnie głupie z mojej strony.
opowiadanie science fiction o robotach